Nadchodziło lato. Czekał nas znów miesiąc beztroskich wrażeń — w planach urlop w atmosferze jeszcze unoszącej się po papieskiej wizycie. Cóż, nawet Pan Bóg dawał wówczas Polakom pogodę ducha na kredyt.
Trzeba przyznać, że rok zaczęliśmy wyjątkowo szczęśliwie.
Zakładowe wczasy w Polanicy Zdroju — z balem sylwestrowym w cenie — należały do szczególnie udanych. W domu wypoczynkowym, choć nawet nie udawaliśmy małżeństwa, zakwaterowano nas w jednym pokoju. Kierownictwo ośrodka, jak widać, bardziej ceniło spokój turnusu niż moralność. Szampański nastrój trwał do końca, a świeża biel śniegu dodawała uroku i zasłaniała co trzeba.
Znaleźliśmy nawet czas na jednodniowy wyskok do Hradec Králové. Kupiłem tam, za parę koron, pneumatyczny pistolet, który — jak się później okazało — miał jeszcze odegrać w rodzinnej historii rolę wcale nie zabawkową.
Do letniej wyprawy załadowałem fiacika po brzegi. Wybieraliśmy się, jak zwykle, turystycznie — pod namiot.
Pierwszego dnia dotarliśmy do Dąbrowy nad Czarną, gdzie moje dzieci, od paru lat już tradycyjnie, spędzały wakacje. Nie miałem najmniejszej ochoty spotykać się z Ireną, ale tęsknota za maluchami wzięła górę.
Przeżyłem wspaniałe chwile: spacer piaszczystymi dróżkami wśród sosnowych lasów, upojenie zapachem żywicy, kąpiel w spokojnej rzece i dziecięcy śmiech — czysty, nieprzesiąknięty jeszcze goryczą dorosłych. Irena, przytulona do boku wysokiego bruneta, popisywała się tolerancją, jakiej nawet w stanie wojennym by nie przeforsowano. Dzieci nie mogły zrozumieć, czemu nie możemy wszyscy spędzać wakacji razem. Cóż, w takich chwilach łatwiej znosiło się trzask drzwi niż ciszę po pożegnaniu.
Nie znałem Pojezierza Suwalskiego. Pociągała mnie jego egzotyka — polski biegun zimna w letnim przebraniu.
Lipcowa pogoda jednak jakby o tym zapomniała. Pochmurne niebo, codzienna porcja deszczu i temperatura, która mogła konkurować z Bałtykiem w listopadzie.
Maluszek dzielnie toczył się po polnych drogach, zgrabnie omijając głazy pozostawione przez lodowiec i biuro planowania. W Bachanowie, niedaleko szkoły, rozbiliśmy namiot za zgodą dyrektora — człowieka o wielkim sercu i chyba jeszcze większej odporności na absurd. Parędziesiąt kroków dzieliło nas od tafli Hańczy. Ciszę przerywał jedynie daleki ryk krowy i bliski, nieustanny szum deszczu.
Szum deszczu — piękne słowo. W rzeczywistości po prostu lało.
Nasz dwuosobowy „jamnik” nie nastrajał optymistycznie. Postanowiliśmy jednak zostać. O kąpieli w jeziorze nie było mowy — samo mycie głowy przypominało eksperyment z krioterapii. Lodowata woda zmuszała Alinę do podgrzewania jej nawet do mycia zębów.
Na szczęście około trzeciej po południu przychodziło wybawienie — przejaśnienie. Wychodziliśmy z namiotu, zziębnięci, lecz pełni nadziei. Słońce, jakby nic się nie stało, udawało, że było z nami cały czas.
Spacerowaliśmy po kamienistych ścieżkach i osobliwym głazowisku, zachwyceni tym, że natura potrafi być piękna, nawet jeśli człowiek marznie jak pies.
Po czterech dniach nie wytrzymał namiot. My — owszem. Wyruszyliśmy nad morze.
W Sopocie przestało padać, ale zimno pozostało. Dopiero na Łebskich Piaskach słońce doprowadziło nas do temperatury pokojowej. Niestety, inny żywioł rozgrzał nas bardziej niż lipcowy żar.
Postanowiłem dojść do Wydm Ruchomych od zachodu. Wjechałem maluchem za Czołpino. Na postoju panował błogi bezruch, poza jednym stróżem w drewnianej budce, który natychmiast zwrócił uwagę na mój aparat.
— Panie, z takimi grubymi obiektywami to tu nie można chodzić!
Udałem zdziwienie, choć wiedziałem dobrze, że „grubość obiektywu” to termin wojskowy. Widziałem wcześniej zielony gazik i tablice: „Wstęp wzbroniony. Rezerwat Przyrody”. Rezerwat — brzmi niewinnie. Ale rezerwaty bywają różne: przyrodnicze, wojskowe, ideologiczne.
— Zostaw pan aparat w aucie! — rzucił z troską o moje bezpieczeństwo (i spokój raportu).
Nie byłem chojrakiem, ale i idiotę nie chciałem udawać. Zostawić sprzęt na pustkowiu? Nigdy.
Minęliśmy strażnika, a jego głos dogonił nas już zza pleców:
— Będziesz mieć pan kłopoty!
Kłopoty przyszły w zielonych hełmach, z karabinami i zadyszką.
Dwóch żołnierzy, zlanych potem, dotarło do nas na piasku, który przeszedł z rąk natury w ręce Ministerstwa Obrony.
— Na pewno mnie szukacie — zacząłem, z przekonaniem godnym rewizjonisty.
— Pomimo ostrzeżenia poszedł pan z teleobiektywem.
— Panowie, ten strażnik nie odróżnia szerokiego kąta od tele. Popatrzcie sami!
Spojrzeli. W obiektywie ujrzeli pustkę i siebie — nie groźnych intruzów, a zmęczonych ludzi.
Uśmiechnęli się z ulgą.
— Panie, daj pan spokój z tą propagandą — mruknął jeden. — My mieliśmy was znaleźć i sprawdzić, nie przesłuchiwać. Nie robicie zdjęć tele, więc wszystko w porządku.
I poszli. Może nawet im ulżyło, że nie muszą tłumaczyć, co właściwie mieli chronić.
W Łebie, w starym drewnianym budynku, mieściła się poczta — świątynia cierpliwości narodowej. Kolejka wiła się jak pielgrzymka do cudu, a ja stałem po połączenie z Nysą.
Krysia z mężem Zygmuntem i dziesięciomiesięczną Helenką wyjeżdżali do RFN. Po latach namysłów i prób zdecydowali się wreszcie na emigrację — za chlebem, za losem, za Mercedesem.
Zygmunt miał tam rodzinę, więc dla niego wybór był oczywisty. Dla Krysi już nie. Nie chciała rozstawać się ani z krajem, ani z nami. Myślała nawet, że ciąża powstrzyma wyjazd, ale przegrała z niemiecką precyzją planów i rodzinną jednomyślnością w sprawie „lepszego jutra”.
Mój wpływ? Skromny — na okrągło zachłystywałem się zachodnim stylem życia. Cóż, głos rozsądku trudno usłyszeć spod turkotu zachodnich autostrad.
Udało mi się w końcu dodzwonić.
Życzyłem siostrze szczęścia i półgłosem dodałem:
— Niedługo pójdę waszym śladem.
Na więcej zabrakło drobnych. Jak zwykle — i pieniędzy, i słów.
Schreibe einen Kommentar