Lato dobiegało końca.
Myśl o tym czasie wywołuje w ludziach smutek i żal — coś się kończy, coś milknie. Zazdrościłem Michnikowskiemu: jak dobrze byłoby tęsknić tylko za czerwonymi pomidorami. Oparty o parapet patrzyłem za pociągami odlatującymi w połyskującą pajęczynę szyn. Popołudnie było pogodne, skóra jeszcze pamiętała bułgarskie słońce, ale melancholia wracała jak dług nie do spłacenia.
Zadzwonił telefon. Głos Ireny — ten sam, tylko chłodniejszy. Prosiła o spotkanie. Niech będzie, pomyślałem, nie mam już nic do stracenia.
Umówiliśmy się w neutralnym miejscu.
Szukając parkingu przy Wesołym Miasteczku, zobaczyłem ją z daleka. Letnia sukienka, gest, w którym znałem każdą nutę. Gdy wsiadła na przednie siedzenie, już wiedziałem, że rozmowa będzie o wszystkim i o niczym — o przeszłości, o żalu, o władzy nad sobą i nad drugim.
Jeździliśmy po mieście, mijając ludzi, których obecność przeszkadzała nam w milczeniu. W końcu sama zaproponowała: chodźmy na Tysiąclecie.
Tam znów wszystko się zaczęło. Najpierw rozmowa, później wybuch, potem długa noc w imię pojednania.
Zostałem.
Wprowadziłem się jak lokator — najmniejszy pokój, własny klucz, żadnych złudzeń. Michał szedł do pierwszej klasy, dziewczynki do przedszkola. Teściowa warczała z kąta jak czujny pies, ale ignorowałem jej obecność. Z dziećmi było inaczej: one trzymały mnie w świecie.
Wieczorami wspominaliśmy nasze wspólne wygłupy. Postanowiłem nakręcić film. Napisałem scenariusz, potem scenopis.
Z pomocą Ireny — zaskakująco gorliwej — powstał *Dwa plus jeden*.
Dzieci grały z zapałem, choć reflektory męczyły, a ja śmiałem się z ich pomyłek, czując dawno zapomnianą radość.
Film zdobył nagrodę, ukazał się nawet artykuł w prasie.
Przez chwilę byliśmy znowu razem — choć każde z nas z innego powodu.
Życie wracało do rytmu.
Dostałem uprawnienia budowlane, awansowałem.
I nawet stłuczka na rondzie nie popsuła humoru: ot, zagięty zderzak, trochę papierów. Ale sprawa trafiła na milicję.
Znajomy Ireny — oczywiście znajomy — znał kogoś, kto znał komendanta. Poszliśmy z koniakiem i szynką z Peweksu. Komendant był grzeczny, ale nieufny. Dopiero gdy padło odpowiednie nazwisko, wszystko ruszyło.
Zamykając drzwi, sierżant powiedział z żalem:
„Po coście się tak fatygowali? Ja bym to załatwił po cichu.”
W marcu słońce zaczęło przebijać zimowy szron. W głowie rodziły się wakacyjne marzenia: morze, dzieci, Irena, brzoskwinie, camping „Nestinarka”. Jeszcze wierzyłem, że można zacząć od nowa.
Dzwonek. Pukanie.
Pracowałem przy montażu filmu, nie chciałem, żeby mi przeszkadzano.
W drzwiach stał nieznajomy, urzędnik o sztywnym głosie.
Przedstawił się: kurator, sprawy nieletnich.
Poprosił o rozmowę. Pytał o dom, o dzieci, o relacje. Na koniec oznajmił chłodno:
„Wpłynął pozew o pozbawienie pana praw rodzicielskich.”
Nie mogłem złapać tchu.
Kto? Za co?
„Za znęcanie się i porzucenie rodziny” – dodał.
Powiedziałem, że to absurd, że wyjazd do Francji był uzgodniony, że dzieci mają się dobrze, że klaps to nie przemoc.
Kurator kiwnął głową, poprosił o rozmowę z babcią Włodzią.
Włączyłem magnetofon – z przyzwyczajenia, z nieufności.
Na taśmie słychać było wszystko. Głos babci spokojny, lekko zmęczony. Zaprzeczyła, że pisała cokolwiek. Potem padło pytanie: „Więc kto?”
Chwila ciszy.
„Moja córka.”
Po raz pierwszy od dawna nie czułem gniewu – tylko chłód.
„Nie przekroczy już tego progu” – powiedziałem.
Irena próbowała mnie powstrzymać. Kłótnia urosła w sekundę.
Jej słowa – ostre, moje – jeszcze ostrzejsze.
Potem trzask słuchawki. I cisza, która trwała ułamek sekundy dłużej niż zwykle.
Później uderzenie. I następne.
Nie broniłem się. Stałem. Patrzyłem.
Kiedy dostałem w oko, coś we mnie pękło.
Wyszedłem, powoli, jakby wciąż nie wierząc.
Na klatce pachniało zupą i kurzem.
Zostawiłem ją za drzwiami, wciąż krzyczącą w pustkę.
Wsiadłem do samochodu i pojechałem do Nysy.
Droga była jasna, drzewa świeże po deszczu, wszystko miało sens — tylko ja nie.
Rodzice przerazili się widokiem oka, zawieźli mnie do lekarza.
Uraz, krwiaki, tydzień zwolnienia.
Potem wizyta u lekarza sądowego.
Nawet mama powiedziała: teraz już musisz się rozwieść.
Zgodziłem się. Nie z przekonania, z wyczerpania.
Wiosna przyszła jak zawsze, bez pytania.
Słońce zaglądało w okna, ptaki ćwiczyły swoje role.
Świat znał swoją kolejność — tylko ja wypadłem z rytmu.
czy można dwa razy przeżywać rozstanie
wiedząc, że żadna bliskość nie jest wieczna
czy można wierzyć, że świt przyniesie ulgę
gdy jeszcze pachnie nocą
czy można być smutnym do końca
widząc, jak wóz nadziei staje w połowie drogi
i mimo to próbować raz jeszcze
rozpalić w dłoniach gasnące światło
Schreibe einen Kommentar