Nowy Rok przywitał nas wiosennie: dziesięć stopni, zielone łąki bez śniegu, powietrze miękkie jak obietnica. Po grudniowym zgiełku Memmingen czuliśmy, jak ciało odzyskuje oddech. Chrzest Magdaleny rozświetlił koniec roku – drobna, pyzata twarz przy piersi Aliny, a ja filmowałem jakbym chciał zatrzymać szczęście klatka po klatce.
W grudniu przenieśliśmy się do wymarzonego mieszkania na parterze: więcej przestrzeni, mniej wilgoci, jasność, która uczy pokory wobec prostych rzeczy. Daniel dostał własny pokój i piętrowe łóżko „na przyszłość”, a my sypialnię z lustrami, co zmieniały zwykły wieczór w święto zmysłów.
Wiosną kupiłem Nikona 301 – świat zaczął układać się w kadry. Michał, już dorosły, przyjeżdżał z Lydią; w Monachium śmialiśmy się wszyscy w słońcu, a ja czułem ten staroświecki dreszcz: pierwszy raz, pierwsza miłość, pierwsza pewność, że świat jest po naszej stronie.
Czerwiec. „Busik” lśni, dach bieli się od nowej farby, w środku kojec dla Magdaleny i hamak dla Daniela. Jedziemy na południe. Rodi Garganico pachnie chlebem i solą. Na placu – rybackie molo, dwie babcie, wymięty czytelnik gazety, dziewczęce piersi w oknie jak dwa znaki przestankowe w niebieskim zdaniu nieba. Kupuję za dużo pizzy – papier nasiąka oliwą, a my śmiejemy się, że człowiek jest większy, kiedy dzieli.
Camping na Gargano uczy beztroski i czujności naraz. Komary potrafią zbezcześcić policzek dziecka, a mały złodziejski cień – popołudnie. Przenosimy się, trafiamy do „Fontana delle Rose”: stara oliwka nad nami, pod nami rumieńce morza. Schody do wody jak pacierz, który mówi się bez słów. Nurkujemy, jesteśmy sami w świecie: piasek, sól, ludzka skóra. Potem Monte Sant’Angelo – grota Anioła bardziej dla dewocjonaliów niż dla tajemnicy. Wyjeżdżając, patrzymy, jak serpentyna drogi nawija na palec różowiejący horyzont; morze w dole jest jak obietnica, której jeszcze nie rozumiesz, ale już w nią wierzysz.
Manfredonia. Pusty camping i wolność tak wielka, że aż milcząca. W końcu Kalabria – Gioia Tauro i zaczynające się wieczorem życie mol, gdzie sieci rybackie schną jak modlitwy. Eukaliptusowy las w S. Ferdinando pachnie ostrzej niż wspomnienie; właściciel ściera liście w dłoniach i mówi: „Komary nie znoszą tego zapachu”. Rzeczywiście – noc jest czysta, a dzień jasny jak zdanie bez wtrąceń. Idziemy przez wydmę nad morze: kamienie szumią, wiatr układa się w fale, Daniel i Magdalenka rozpruwają ciszę śmiechem. Proste radości: sandały, w których przejdę pół życia, orzeźwienie wody, łagodna nuda po południu.
Capo Vaticano – zatoka o barwie słów, których nie ma w słowniku; woda jasna przy brzegu, coraz ciemniejsza im głębiej – jak człowiek, który dojrzewa. Camping zatłoczony; fotografuję, pływamy, jedziemy dalej. Wąska droga schodzi do „Marco Polo”. Stromo. Alina idzie pieszo z dziećmi, ja zsuwam busik po wirażu jak po zdziwieniu. I nagle ten dźwięk: ściana skarpy – amfiteatr z piaskowca – zwraca nam fale. Każde uderzenie morza wraca dwa razy piękniejsze. Nad głowami dojrzewają cytryny; woda z palm spada jak krótkie deszcze.
Tu jest nasza szczęśliwość. Nie wychodzimy z campingu, jakby świat się wreszcie domknął: słońce, woda, brak komarów, przestrzeń dla dzieci. Daniel płacze po utraconej piłce – jego wrażliwość jest cieniem, który chłodzi i czasem trwoży. Wieczorem kołyszę go do snu tym samym szumem, który kołysze nas.
Pierwszy lipca – nasz dzień. Tropea. Schody, zaułki, wapienne mury, światło. Alina w nowych spódnico-spodniach jest subtelniejsza niż poranny cień. Idziemy, a wiatr i słońce podkreślają detale, które kocham. Daniel ma zamazaną lodami buzię, Magdalena bawi się paluszkami stopy. Myślę: „Czy można chcieć więcej?” – i od razu wiem, że tak. Zawsze więcej: widzieć, doznać, zrozumieć. Ale umieć się cieszyć – to jest najpierwsza forma mądrości.
Sztorm pędzi nas z powrotem ku północy. A jednak powrót nie kończy wakacji: teraz zaczyna się obcowanie z tym, co było na długo przed nami i będzie po nas.
Paestum.
Daniel na widok ruin: „Domy bez dachów”. Śmiejemy się, ale we mnie rośnie skupienie. Wchodzimy aleją oleandrów, po płaskich kamieniach Świętej Drogi – starszej niż Via Appia Antica. Wózek Magdaleny toczy się miękko, mrówki mają pierwszeństwo, turystów kilkoro, wieczór chłodzi ramiona. I nagle trójgłos doryckich kolumn staje się powietrzem.
Druga świątynia Hery – ta, którą ochrzcili imieniem Posejdona – jest jak zdanie bez przecinka: doskonała. Proporcje wchłaniają nas bez wysiłku; czuć łagodną siłę kamienia, który nie chce dominować, tylko być. Świątynia Ateny – mniejsza – pamięta przemianę w kościół Konstantyna, jakby starożytność i chrześcijaństwo podały sobie dłonie w tej samej bruździe światła. „Bazylika”, najstarsza, znów dla Hery, uczy pokory wobec nazw, które mylą, i wobec czasu, który prostuje.
Idziemy jeszcze raz Świętą Drogą. Słońce przechyla się i zsuwa po kolumnach czerwonymi pasmami, jak dłonie, które dotykają bez lęku. Wychodzimy poza mury, siadamy z Coca-Colą na ławce za ogrodzeniem. Patrzę na świątynie jak na starsze rodzeństwo naszej wrażliwości. Pompeje i Wezuwiusz zna cały świat, a Posejdonia—Paestum—trwa ciszej, pewniej, jak fundament, którego na co dzień się nie widzi, a bez którego wszystko by się osunęło. Czuję prostą radość: że jestem tu z moimi, że mogę położyć dłoń na kamieniu, który pamięta modlitwy sprzed dwóch tysięcy lat i siedmiu stuleci. Radość nie z posiadania, tylko z bycia w zgodzie z tym, co większe.
O świcie wyobrażam sobie, jak ten sam promień od wieków dotyka najpierw kolumn, potem trawy, na końcu naszych twarzy. Jedziemy dalej.
Nie zatrzymujemy się w Rzymie – nie tym razem. Tivoli wystarcza: woda mówi w wielu dialektach, fontanny zapisują powietrze, mech miękczy kamień. Siadam, zamykam oczy. Gdzieś za powiekami łączą się cztery elementy: śmiech dzieci, dłoń Aliny, sól na ustach i oddech antyku. To jest moja miara szczęścia. I moja modlitwa.
Schreibe einen Kommentar