Biuro rosło, piętro po piętrze, wydział po wydziale. Reorganizacje mnożyły się jak kalki na desce kreślarskiej; przybywali ludzie i kierownicy, rzadko kto odchodził. Wyjątkiem okazała się pracownia fotograficzna: jej szef—faworyt dyrektora (nie bez udziału swojej efektownej żony)—wyjechał „na czas nieokreślony”. Od tej pory zdjęcia zlecaliśmy na zewnątrz.
Coraz dotkliwiej brakowało mi terenu i ludzi; rysowanie podobnych konstrukcji, zwłaszcza tych, które nigdy nie wychodziły z szuflady, stępiło frajdę projektowania. Architekci mieli swoją scenę i oklaski, konstruktorzy—etat wyrobników. Zatęskniłem za modelem, w którym praca daje i pieniądze, i sens. Szansa przyszła sama: zaproponowałem, że przejmę nieobsadzone stanowisko fotografa.
Dyrektor (jak zwykle bezpośredni) przerwał mi, gdy fałszywie skromnie zacząłem: „Nie chciałbym się chwalić…”—„Nie, nie, niech się pan chwali!”. Przyniosłem powiększenia i slajdy; obejrzał, skinął. Ekonomiczny dopiął resztę. Utworzono specjalny etat „fotografa–projektanta”, z gwarancją dotychczasowych zarobków. Pęczniałem z radości. Jedna drobnostka: pracownię trzeba było… zbudować od zera. Dawne pomieszczenie zajęło archiwum, sprzęt leżał w magazynie.
Nowe lokum trafiło mi się w Chorzowie–Batorym: spory metraż i wolna ręka. Remont rozrysowałem jak dobry detal; doświadczenie klubowej ciemni i inżynierski nos załatwiły resztę. Biuro miało świetną kondycję finansową—preliminarze przechodziły bez skreśleń. Z rynkowych realiów brałem, co było: zamiast wymarzonych Canonów i Nikonów—enerdowskie Pentacony i Praktiki, do tego „rosyjski hasselblad”, czyli Kiev 88. Na film 16 mm kupiłem niezły zestaw. Na profesjonalny stół montażowy z TV Katowice miałem nawet pokusę (okazja za śmieszne 100 tysięcy), ale tu włączyły się skrupuły. Gdzie indziej—nie zawsze: chemii i papieru do prywatnych kadrów nie żałowałem.
Równolegle zapisałem się na kurs fotografii i filmu w COMUK-u przy MKiS. Chodziło o „papier”, ale szybko okazało się, że program trzyma poziom. Seanse, prelekcje znanych reżyserów, zero wydmuszki propagandowej. Z fotografii—warsztat: tematy do zaliczenia, kontrola procesu negatyw–pozytyw. Najwięcej zachodu przy szkle; „łatwy temat” nauczył mnie światła na poważnie.
Na seminarium w Raciborzu pojechałem służbowo. Finałem miała być plenerowa wystawa. Krążyłem po mieście z nowym sprzętem, łowiąc temat. Fresk z panoramą miasta i napis „WSS Społem życzy udanych zakupów” nad prymitywnym kioskiem; pod nim długa, szara kolejka po chleb. Klik, klik. Kobieta z siatkami spojrzała we mnie jak w wroga. Miała rację—w krainie niedoboru mój aparat wyglądał jak kpinny luksus.
Kilkadziesiąt metrów dalej—tłum przed Goplaną, nagła dostawa czekolady. Klik, klik. I wtedy ta sama kobieta wypaliła pięścią w niebo: „Prowokator! Co on tu robi?”. Głowy się odwróciły. Odeszła mi ochota na uliczne scenki.
Zaszedłem na spokojny placyk przy dworcu: rząd białych ławek, słońce, fontanna, samotny staruszek. Zaczepiłem go miękko, zgodził się na portret. Ustawiłem statyw. Migawka pstryknęła równocześnie z piskiem opon. Milicyjna Nysa. Dwóch funkcjonariuszy wyskoczyło, zapakowali mnie z całym majdanem. Na tylnym siedzeniu—moja oskarżycielka, dumnie wypięta pierś: „Zawieźcie prowokatora do urzędu!”.
— Dla kogo pan pracuje? — spytał przystojny szatyn w cywilu, po krótkiej naradzie z „informatorem”.
— Proszę zadzwonić do prezesa Raciborskiego Towarzystwa Fotograficznego. Jestem na warsztatach waszego Domu Kultury — odparłem, żądając zwrotu sprzętu.
Dwie godziny trwało „sprawdzanie personaliów”. Gdy wreszcie wyszło na jaw, kim jestem, dostałem półgodzinny wykład z ideologii i „miejsca jednostki w trudnym okresie”. Poziom absurdu podnosił ciśnienie bardziej niż kawa.
W bazie (CDN) wszyscy już wiedzieli, że zatrzymało mnie UB; organizator rozłożył ręce: nie przekonał funkcjonariusza, pomógł dopiero telefon do mojego zakładu. Poradził, bym na razie fotografował przyrodę.
W nawale pracy szybko przykryłem ten incydent kurzem następnych zadań. Dopiero po czasie dotarło, że to w Raciborzu zaszczepiła się we mnie ostrożna myśl: „Wiadomo—przeciw czemu; tylko… w jakim celu?”.
Schreibe einen Kommentar