Załatwianie formalności administracyjnych trwało ponad miesiąc. W okresie urlopowym wszystko działało na pół gwizdka i nic nie wyglądało tak prosto, jak mi się wydawało.
Żandarmeria żądała pozwolenia na pracę, biuro pracy — karty pobytowej, pracodawca — obydwu.
Zamknięte koło przerwał dopiero pan E., podpisując ze mną umowę. Zatrudnił mnie jako „wysoce wykwalifikowanego elektryka”.
Lojalnie zaznaczył, że postępuje niezgodnie z prawem, lecz nie ma innego wyjścia: mimo wysokiego zaszeregowania otrzymam zwykłe wynagrodzenie.
O pracy w biurze nie było mowy — nie opłacało się mnie dokształcać na jeden rok.
Co innego, gdybym zdecydował się zostać na dłużej.
Do wszystkich urzędów chodził ze mną Zbyszek. Znał francuski perfekcyjnie.
Po opuszczeniu Warszawy przed dziesięciu laty zamieszkał w St-Étienne z żoną i trójką córek. Wykładał w Wyższej Szkole Górniczej.
Przyjął mnie serdecznie. Jego żonę, Dusię, znałem jeszcze z czasów kłodzkich — traktowali mnie jak członka rodziny.
Budowa, na której rozpocząłem pracę, znajdowała się w St-Chamond. Od jakiegoś studenta Zbyszek odkupił używany motorower.
Codzienna, dziesięciokilometrowa jazda na tym rozklekotanym pojeździe nie należała do przyjemności.
Firma pana E. dysponowała w St-Chamond pokojem pracowniczym. Symboliczny czynsz — czterdzieści franków.
Drugie piętro starej kamienicy, „wygody” na korytarzu, w pokoju stół, łóżko, szafa, zlew.
Cóż więcej trzeba?
Zbyszek przytargał stary telewizor, pomógł uruchomić kuchenkę gazową; Dusia podarowała kilka garnków.
Na budowie trafiłem do czteroosobowej brygady z sympatycznym majstrem.
Kładliśmy instalacje elektryczne w nowo wznoszonym osiedlu.
Zaskoczyły mnie nieznane materiały i nowoczesna technologia robót.
„Kabel pod tynkiem?” — szydzili. — „Tak się robiło przed wojną!”
Plastykowe rury, układane przed zabetonowaniem stropów, łączono z tymi, które już w fabryce wmontowano w prefabrykatach ściennych.
Po wzniesieniu budynku przeciągało się w nich, zgodnie z planem, wiązkę kabli.
Prosta praca.
Problemy zaczynały się, gdy przewód okazywał się niedrożny, zabetonowany albo o nim po prostu zapomniano.
Wtedy zostawał młotek i przebijak.
Ta robota dawała w kość.
Z ironią wspominałem, jak na Tysiącleciu przez godzinę kułem w betonowej ścianie otwór, żeby osadzić w nim mały dybel.
Tu skala była inna, a ambicja nie pozwalała okazywać słabości.
Ambicja — ładnie to brzmi.
W rzeczywistości chodziło o pensję: dwa tysiące franków miesięcznie.
Więcej niż moje całoroczne zarobki w kraju.
Taka motywacja likwiduje ból.
Pracowałem jak młot pneumatyczny.
dłoni nawet nie mogę zacisnąć
sztywność palców rozkazów nie słucha
wita bólem zastygły poranek
w korowodzie układów dzień rusza
opuchniętych rąk stawy by przemóc
większych sił potrzebuję niż przedtem
zimną wodą próbuję ból przerwać
i następny dzień przetrwać w tym piekle
jak szyderczo drży kubek w mych dłoniach
gdy do ust go podnoszę z wysiłkiem
umysł pustce już pytań nie stawia
realizmem wygaszając wszystkie
Wtorek, 20 listopada 1973.
Kupuję samochód — Ford Taunus M 12.
Pomimo pięćdziesięciu tysięcy kilometrów przebiegu wygląda jak nowy.
Jestem przekonany, że robię interes życia.
Płacę 2500 franków (rejestracja 40 fr., ubezpieczenie 420 fr.).
Ceny peweksowskie znam na pamięć — za fiata 125p trzeba dać 7650 franków.
Nie muszę się więc zastanawiać.
Dwa miesiące pracy i już mam auto, które w niczym nie ustępuje „simce” rodziców.
Silnik pracuje idealnie, lakier lśni nieskazitelną bielą, z klaksonu wydobywa się fanfara szczęścia.
Boże Narodzenie mija smutno.
Samotność wywołuje nostalgię, a pogoda nie przypomina świątecznego nastroju — ciepło i mżawka.
Na ścianach wiszą zdjęcia dzieci i Irenki.
Czytam wielokrotnie listy, piszę.
Po Nowym Roku przenoszę się do robotniczego hotelu w St-Étienne.
Trochę drożej, ale bardziej po ludzku.
Nowe, wielokondygnacyjne budynki, jednoosobowe pokoje, wspólne kuchnie.
Większość mieszkańców to Arabowie.
Pierwszego dnia poznaję starszego ode mnie Tadeusza — od dawna na emigracji, technika w firmie hutniczej.
Zaprzyjaźniamy się; wszystkie wieczory spędzamy razem.
W pierwszych miesiącach pobytu poznaję okolice.
Zbyszek, choć zazdrości, wszystkie weekendy spędza na wiejskiej farmie.
Wynajął w górach od chłopa potężny, stary dom gospodarczy i przerobił go na mieszkalny.
Pomogłem mu zaprojektować i wykonać duży kominek z masywną, drewnianą belką.
Dom stał w dzikiej, romantycznej okolicy — spędziłem tam wiele sobót i niedziel.
Z kraju przywiozłem sprzęt filmowo-fotograficzny.
Miałem też ORWO-wskie kolorowe przeźrocza — część sam zdobyłem, część dostałem z klubu.
Wywołanie kosztowało grosze, a slajdy wracały w eleganckich, kodakowskich pudełkach.
Prowadziłem życie bardzo oszczędne.
Do jedzenia nie przywiązywałem wagi: rano kawa z proszkiem mlecznym i kromka z dżemem, w południe bagietka z puszką sardynek, wieczorem herbata, ser albo jajecznica.
W pierwszym okresie popijałem winem — butelka kosztowała tyle co mleko — później przeszedłem na soki.
W szare, zimowe wieczory, gdy samochodowe wypady straciły urok, zdarzyło mi się kilka razy pójść do kina na filmy pornograficzne.
Tylko raz obejrzałem western — nie wiedząc, że to ostatni obraz Dzikiego Zachodu, który mnie poruszy.
Ustna harmonijka, Charles Bronson, Henry Fonda.
Monotonny dźwięk zapowiadający końcowy strzał.
Dziś nikt już nie potrafi zrobić czegoś takiego.
Ataki chandry rozładowywałem wyskokami do miasta.
Uspokajało mnie kupno czegokolwiek, choćby drobiazgu.
Największą jednak radość sprawiała rosnąca suma franków na koncie i plany związane z nadchodzącą wiosną.
Schreibe einen Kommentar