Frapujące zajęcie, które towarzyszyło nam od początku ciąży Aliny, miało jeden temat: jak nazwać pierworodnego. Pod koniec lista skurczyła się do polskich imion z paszportem wizowym na Zachód. Ostatnie słowo – wiadomo – należało do Aliny. Padło na „Daniela”. Brzmiało to odrobinę jak rodzinne małpowanie, ale nikt nie miał zamiaru się tym martwić: Krysia też szykowała „Daniela”, tylko że los spłatał jej trzecią córkę, więc została „Daniela” – przez dodanie jednego, niewinnego „a”.

Chrzciny upłynęły w atmosferze wzorcowo polskiej. Zawiódł tylko ksiądz – i tu pretensje mogliśmy mieć wyłącznie do siebie. Zygmunt mówił, że w kaplicy szpitalnej rezyduje polski misjonarz; zapragnąłem „naszego” akcentu. Ksiądz-rodak zgodził się bez ceregieli, mniej chętnie – proboszcz. „Można, ale nie jest to najszczęśliwsze” – mruknął.

Podczas ceremonii nasz kapłan czuł się obco jak w cudzym sutannie: dłonie mu drżały, oczy biegały, głos gasł, ministrant rzeźbił na twarzy wszystkie znane ludzkości grymasy. Kulminację mieliśmy przy samym akcie: cała święcona woda opuściła naczynie jednym zamachem i wylądowała – oprócz dziecięcej główki i becika – na odświętnych rękawach oraz nogach matki chrzestnej. Zamilkliśmy. I szybkim krokiem opuściliśmy kościół.

Przy stole poszło już książkowo. Ksiądz z Podhala, misjonarz w Afryce, opowiadał – każdemu z osobna i wszystkim naraz – jak to Etiopczycy dostali bydło do hodowli i „zamiast paść, zżarli”. Próbowałem skierować rozmowę wyżej: świeżo po felietonie Kisiela o Dobrym Bogu i Diable zapytałem o Pearl Harbor, o cenę krwi, o politykę pod osłoną Opatrzności. Usłyszałem: „Niezbadane są drogi Boże!”, po czym wróciliśmy do – bądźmy szczerzy – atrakcyjniejszych anegdot o ludowej pomysłowości w Afryce.

Po tych uniesieniach wracała rutyna Bellindy. Każdego wieczoru lekko popychałem kołyskę i z zaciśniętymi zębami wymykałem się do pracy, domykając cicho drzwi. Szef nocnej zmiany, Herr Kamicki, dorabiał na perkusji i woził bębny furgonetką Fiata. Patrzyłem na ten wóz jak na cztery koła wolności. Jeszcze w latach sześćdziesiątych roiłem o traktorze z przyczepą do włóczęgi. We Francji widziałem mini-ciężarówki-kampery, w Niemczech – całe flotylle domków na kołach. Piękne, komfortowe, zawstydzająco drogie. Włochy tylko podkręciły zazdrość: oni stają, zasłaniają okna i śpią. My – szukamy parceli.

W Bellindzie nocne rozmowy toczyły się wokół trzech żywiołów: baby, futbol i samochody. Po jedenastu miesiącach przerw i kanapek dowiedziałem się, że Kamicki sprzedaje Fiata. Cena była śmiesznie niska. Jazda próbna? Formalność – ja już byłem jego. 3700 DM za marzenie – brać, zanim ktoś się obudzi. Kredyt dostałem od ręki – pięć tysięcy na konto, 162 marki raty. Zostało tylko przerejestrowanie.

W nocy sypnęło śniegiem. Zanim ruszyłem, odgarniałem szyby. Pod Wydziałem Komunikacji – panika: gdzie teczka?! W niej wszystkie papiery, w tym Ausweis samego Kamickiego. Zgubić dowód szefa – brakowałoby tylko marszu hańby przez halę. Olśnienie: przed odśnieżaniem położyłem teczkę na tylnym zderzaku. Wysiadam, obchodzę auto… Leży. Przypruszona, posłuszna. Ten samochód miał szczęście w standardzie.

Potem już poszło w gorączce. Z desek z tartaku zrobiłem rozkładane łóżko-siedzenie, sufit i ściany okleiłem filcem, w blaszanym boku wyciąłem okno (brzeszczoty pękały jak zapałki), wstawiłem kuchenkę i szafkę-spiżarnię z blatem na zawiasach. Część rozwiązań podpisałby tylko zdesperowany wynalazca: skóra starych butów na zaczepy, spryskiwacz z autozłomu jako pompa do umywalki wystruganej z pojemnika po wodzie destylowanej, aluminiowe rurki – resztki bagażnika malucha – jako konstrukcja pod markizę (białe prześcieradło), futro z jugosłowiańskiego kożucha na siedzenie. Dziury w karoserii – żywica z włóknem albo blaszki na nity. Cztery nowe opony, karminowa buda, czarny pas i ptasie kontury – i byłem dumny jak kierownik lakierni.

Urlop w Bellindzie miał termin odgórny: fabryka zamknięta, wszyscy won – znaczy: odpoczywać. Wizy austriacka i włoska grzecznie podbite, słoiczki dla Daniela zapakowane. Sobota, 20 lipca – start.

Po siedmiu kilometrach – tradycyjny postój u Krysi. Po obiedzie – prawdziwy start. Burza gradowa w Austrii, nocne przekroczenie Reschenpass, a na dole – krótki sen na niedokończonym osiedlu. Rano Daniel domagał się śniadania, więc świat od razu odzyskał sens.

W drodze wszyscy troje siedzieliśmy z przodu – Daniel w foteliku. Gdy marudził, Alina przenosiła go na tył, do kojca. Największy problem miał kółkowy tron królewski – wózek spacerowy. Wieczorami składałem go i wciskałem do szoferki, rano – operacja odwrotna. Wojna pozycyjna o centymetry.

Lago di Garda – widok w podręczniku geografii miałby kompleksy. Z góry: zielony szyfon wody, na nim białe paciorki żagli. Werona – dwie noce na placu pod murami. Amfiteatr może i mniejszy niż Koloseum, za to żywy – z tyłu rogate, egipskie makiety do „Aidy”. Balkon Julii – tłum, lampy, flesze. Wieczorem pod naszym placem dziewczyny w mini-mini zatrzymywały auta z zawodowym wdziękiem. Trudno zasypiać, kiedy życie tak wyraźnie nie śpi.

Rzym. Dwa dni w piecu. Udało się zobaczyć papieża na placu św. Piotra; biała kropka w słońcu, atmosfera – nie krakowska, lecz godna. Wieczorem do koleżanki z Inwestprojektu – wyszła za Włocha. Myśleliśmy o skromności, zastaliśmy centrum Rzymu, dwoje dorodnych dzieci i męża-architekta jak z reklamy. Wyszliśmy z przepisem, który przeszedł do legendy: ziemniaki na patelni z rozmarynem i czosnkiem.

Neapol witał strajkiem śmieciarzy: zwały czarnych worków, zapachy, których nie reklamują. Złapałem gumę, Włoszka z progu poradziła, bym pilnował rzeczy. Pociekło ze mnie wszystko, łącznie z poezją. Za Sorrento świat wrócił do siebie: palmy, plaże, willowe serpentyny przez Positano, Amalfi, Minori, Maiori aż po Salerno. Noc na pustym campingu – obok dyskoteka, a w morzu… fosforyzujące fale. Wskoczyłem – każdy ruch kreślił w wodzie neon. Z zachwytu zgubiłem nowe sandały. Zasypialiśmy kołysani miksem: bas z dyskoteki plus szum morza.

Na prom w Reggio di Calabria wjeżdżałem z przygodą: silnik obraził się na upał. Żar bił spod klapy jak z pieca hutniczego. Zepchnąłem auto na bok, odczekałem, wypiłem colę – i cudownie zapalił, jakby nigdy nic. Messyna, Sycylię przywitały te same twarze i ten sam język – różnił się tylko cennik autostrady i pancerność banków w Milazzo. Tyle szyb, tylu uzbrojonych ochroniarzy – człowiek automatycznie liczy własne palce.

W drodze ku Palermo zobaczyliśmy rzekę czarnego dymu: płonące auto na autostradzie. W czterdziestostopniowym piekle ogień wygląda jak z podręcznika Apokalipsy. Potem Tyndaris i panorama jak z pocztówki: żółte mierzeje daleko w morze, zarysy Wysp Liparyjskich. W „Santuario della Madonna Nera” Alina musiała dociągnąć brakujący metraż ubrania – świętość miejsca nie lubi dekoltów i krótkich spodenek. Zjechaliśmy do Marina di Patti: camping z bambusowymi pergolami i kiściami winogron. Sami Włosi – nie turyści, tylko uciekinierzy od własnych mieszkań. Rano panowie do pracy, panie gotują i piorą, po obiedzie – cisza absolutna. My łamiemy rytuał i siedzimy nad morzem. Upalna kuchnia przeniosła się natychmiast na zewnątrz – busik mógł być wszystkim, ale nie piekarnikiem.

Po tygodniu lenistwa – w trasę. Palermo za daleko i za gorąco, poza tym sycylijska koleżanka z pracy mówiła krótko: „Tam można stracić wszystko, łącznie ze spodniami”. Zapadła decyzja: Etna.

Z Patti wąską drogą wspinaliśmy się w górę. Linia morza zostawała coraz niżej. Na Portella dello Zoppo śmieszyły nas tyczki przy drodze – do czasu, aż wysiadłem wśród kwitnących kaktusów. Zrobiło się zimno jak w lodówce. Śnieg? Oczywiście, że bywa.

Górę rozpoznaliśmy z daleka: łagodny stożek, jak usta ziemi, palił fajkę. Sielankę przecinały czarne języki lawy wgryzające się w zieleń. Za Randazzo nowa droga ciągnęła się między polami zastygłej porowatości. Sady oliwne zamienione w kikuty – świeży ślad erupcji. „Piekielny oddech” nie był metaforą.

Chcieliśmy dotrzeć jak najbliżej krateru. Nagle zza zakrętu – sportowe cacko, pisk, ślad gumy i znikło. Po kilometrze wszystko jasne: rajd górski, indywidualna jazda na czas. Ryk silników przechodzący w wysoki pisk, opary spalenizny, oklaski i już kolejny zjazd w dół. Dopiero gdy stumanione porsche, ferrari i renaulty wróciły do boksów, alpejscy strażnicy puścili nas wyżej. Mój fiat-busik, mimo dopingowania, nie znał pojęcia „pisk opon”, ale wdrapał się uczciwie. Na szczyt, dokąd dało się dojechać. Stamtąd terenówki zwykle dowożą pod krater, ale nie, kiedy Etna warczy. Dla nas dym wyglądał niewinnie, dla przewoźników – jak preludium do erupcji. Z Danielem „na barana” nie było wątpliwości: spacer po czarnej równi spychacza, kilka ujęć, parę kamyków lawy do kieszeni i filmik z wulkanem w tle – to nasz „atak szczytowy”.

Zjeżdżaliśmy nad morze z uczuciem niedosytu. Randazzo – miasto z lawy – domknęło sycylijski rozdział. Droga z Taorminy do Messyny malownicza, zatłoczona. Prom – wicher w cieśninie wywietrzył rozczarowanie.

Noc w Palmi, poprzedzona kąpielą w Morzu Tyrreńskim, i zygzak na Jońskie. Villapiana Lido – kolorowy kurort, więc zostaliśmy. Plaża kamienista, horyzont szeroki. Stąd kiedyś wielki Hannibal uciekał do Afryki. Nas gonił tylko agregat sąsiadów – buczał całą noc, mrożąc ich lody i mój zapał do poezji.

Dopiero droga powrotna wzdłuż Adriatyku przyniosła prawdziwe rozluźnienie. Widoki piękniały, ludzie łagodnieli, Daniel śmiał się głośniej, a seks z Aliną odzyskał dawne kolory. Przestawiłem się – wreszcie – z nocnej zmiany na normalne życie.

Giovinazzo – tak urocze, jak brzmi. Zatrzymaliśmy się na obiad, a czas stanął w sjeście. Na nabrzeżu chłopcy suszyli pomidory na kartonach; czerwony miąższ kurczył się pod słońcem jak wstyd. Parę kroków dalej świeżo poślubieni pozowali do zdjęć, druhna w cieniu auta ssała palec z nabożną powagą. Obróciłem aparat i… na gumowym materacu opalała się kobieta o kształtach, które zasługują na własny rozdział w podręczniku anatomii zachwytu. „Głodnemu chleb na myśli” – przypomniałem sobie, że idę po zakupy. Oderwałem wzrok z trudem godnym lepszej sprawy i – choć to bolało – skręciłem do piekarni.