Pierwszy wyjazd z nową przyczepą śnił mi się całą zimę. Austria? Dolomity? Teoretycznie—tak. W praktyce: krótki dzień, długie noce, stary sprzęt i najważniejsze: zimowe rozleniwienie, które prowadzi za rękę na kanapę. W końcu wiosna stuknęła nas w ramię: jedziemy na Wielkanoc do Italii!

Wypadała wcześnie, na przełomie marca i kwietnia. Znajomy Włoch uspokajał: nad Adriatykiem „już całkiem przyjemnie”. Przyczepa błyszczała po liftingu, a na dachu fiacika przykręciłem… turystyczny stół. Pod kątem. Jako spoiler. (Proszę się nie śmiać—w telewizji mówili o aerodynamice). Wieczorem zobaczyłem w „dzienniku”, że w Alpach sypie: zatem opony zimowe—hop!

Wystartowaliśmy o świcie. Dzieci rozbijały lód na kałużach, a ja na pierwszym postoju regulowałem „spoiler-stół”. Efekt? Taki sam jak przed regulacją: nasz dzielny fiat i tak z trudem przekraczał setkę. Kapituluję. Za przełęczą pierwsze ciepłe powiewy zapominają cały projekt „Formuła Stół”.

Camping w Rawennie był jak wczesne lato w wersji demo: świeża zieleń, ptasi koncert, zapach trawy, dzieci, które biegną tak, jakby im dopiero co zwrócono wolność. Wielkanocny poranek przywitał nas lekkim mrozem—w nocy włączyłem ogrzewanie—i tym komicznym dysonansem: w środku ciepełko, a na zewnątrz oszroniona trawa i my, w gumowcach, szukający czekoladowych zajączków. Morze było nasze: pusta plaża, Daniel rysuje pałace na piasku, Magdalenka klepie pierwsze babki, mewy udają, że nie ustępują, po czym elegancko ustępują. Po dwóch dniach przestało wiać. Słońce przypomniało: to jednak południe.

Oczywiście—inne to święta niż te z Bierutowic sprzed czterdziestu lat. Tamten świat beztroski już nie wróci. Dziś wszyscy jesteśmy „po kursie dorosłości”, nawet dzieci: za mądre na nasze dawne głupoty. Ale prawda jest prosta: ta Wielkanoc była piękniejsza od siedzenia przy stole. Postanowienie: świąt już nie przesiedzę. Nawet za najlepszą sałatkę jarzynową świata.


Lato skroiły nam dwa wesela, więc z urlopu zostały dwa lipcowe tygodnie. Daleki rajd—odpada. Bliski—hańba. Została Hiszpania „niedaleka”, czyli dwa tysiące kilometrów w jedną stronę. Fiat sapnął. Przyczepa—lekka, a prowadziła się jak wieloryb na wąskiej ścieżce. I wtedy los postawił na mojej drodze ropniaka.

Do fiata miałem słabość, ale w salonie u Vorderrubera błyszczał niebieski „peugeot 309 Graffic D”. Pierwszy raz wsiadłem w diesla: dźwięk jak basowy śpiew—stateczny, mocny. Alinę martwiły piąte drzwi („będzie wiało na dzieci”), mnie martwiło finansowanie. Ułożyło się: 4 tys. za mirafiori (później dowiedziałem się, że odpłynęło do Albanii), 10 tys. pożyczki, reszta przez Peugeot Bank. 220 marek raty. I ten zapach nowości—oszałamiający. Dzieci przesiadły się bez drgnienia powieki, jakby to im się należało od zawsze.

Na dach wrócił czerwony stół-spoiler (nie pytajcie), na haku—przyczepa (hak za 950 marek), w bagażniku—zabawki-niespodzianki. Francję przefrunęliśmy tradycyjnie z postojem w Belforcie. W Roses—szeroka plaża z palmami, na campingu—dwóch polskich autostopowiczów (nowość w erze wiz wolnych). Daliśmy obiad, wymieniliśmy uśmiechy ze światem, który wreszcie otwierał drzwi bez pytania „po co”.

Za Barceloną i Tarragoną dojechaliśmy do Peñíscoli. Camping: cisza, zieleń, basen, który zdefiniował wakacje. Morze? Wiało jak z suszarki przemysłowej. Dzieci nie wychodziły z wody (tej basenowej), ja kręciłem, pichciłem, cykałem. Raz zrobiliśmy promenadę po jarmarcznym mieście: wachlarze, figurki z monstrualnymi penisami (dzieci wzięły miecze świetlne—bardziej bezpieczne), zamek Templariuszy, gdzie zmarł antypapież Klemens VIII z rodu de Luna. Panorama—cudna, ale Alina miała dosyć akrobacji dzieci nad murami. Posadziłem ich na kamiennej płycie. Oj, jak pięknie współpracują ze skałą, kiedy trzeba.

Musiałem jednak wywietrzyć duszę. Morella—niby tylko 60 km w głąb lądu, a jak inny świat: góra jak z „Wieży Babel”, miasto przyklejone do zbocza, nad nim skała z zamkiem. Kartagińczycy, Rzymianie, Maurowie—wszyscy tu byli. Stoję przy zardzewiałej armacie, a w tle słyszę głos Cervantesa. Wracając, trafiłem na pożar lasu: helikopter łkał, ludzie okładali ogień gałęziami. Chciałem pomóc, ale strażacy machali, żebym znikał. Zniknąłem. Peugeot też chciał.

W ostatnie dni – aquapark (sprałem nowe kąpielówki na zjeżdżalni falistej), Oropesa de Mar (dzieci capnęły lody na twarz i koszulki). A potem – Andora. Parking zasypany kurzem, naprzeciw koparki jedzą skałę. Wózek na zakupy jak kontener: tanio wszystko. Koniaki, czekolady, oliwki, kawy—upychałem jak w Tetrisie. Na nikona i rower górski brakło gotówki. Popołudniu wysoko w góry: przy aucie zjawiły się konie i zaczęły jeść… kamienie z drogi. Dzieci otworzyły buzie, ja okna (profilaktycznie).

Przez Port d’Envalira wąż serpentyn, a na jezdni znów konie—kulturalnie blokują ruch. Estetyka sytuacji upada, kiedy przed maską oglądasz z bliska zad, a potem to, co spada. Pytanie dydaktyczne: „Co by było, gdybym podjechał bliżej?”—pozostawię otwarte.

Col de la Casa: sklepiki, bibeloty, zegar w rokokowe kwiatuszki—prezent dla Julianny. Carcassonne wieczorem—czerwone słońce nad murami, kieliszek wina. Rano szybkie „zaliczenie” cytadeli i w drogę. Pośpiech spłyca nawet cuda.


Wesele pierwsze. Zaproszenie na ślub Julianny przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Byłem ojcem, ale we mnie wciąż huczała historia z alimentami i wieczne „umówimy się—nie dzisiaj”. Zaproszono „wszystkich z rodzinami”, a mnie—solo. Alina chłodno i słusznie:

— Nie palę się jechać, ale ty masz. To twoja córka.

I pojechałem. Starnberg, kościółek na wzgórzu, pogoda z katalogu. Julia—zjawiskowa, może zbyt teatralna (po mamie), ale piękna. Welon jak mgła, loki jak sprężyny. Pan młody—Zygfryd—wystudiowanie naturalny. Wąsik prowincjonalny i cwany uśmiech, ale frak trzyma fason. Jestem rozdygotany, Zosia szepcze: „Nie przeżywaj tak!”. Nie wie, że przeżywam teatr—i to jak dobrze zagrany.

Kawalkada w dół nad jezioro. Mój nowy peugeot nie odstaje (co to była za ulga!). Klaksonami gramy z Michałem wspólną melodię pośród chaosu dźwięków. W restauracji—show jak w telewizji: tancerki, dziewczęta-sport, konferansjer Zygfryd, quiz z telewizorami i tosterami. Przepych jak na folder. Tańczę z panną młodą—ciężar sukni większy niż lekkość chwili. Tańczę z Ireną—z obowiązku. A potem kubeł: przy stole obok pary młodej—„rodzice”, ale ja mam miejsce u sióstr. Wyszedłbym. Zatrzymali: „Nie rób Julii przykrości”.

Rozumiałem. I jeszcze logika Ireny: w ceremoniale katolickim liczy się „niby-małżeństwo”, więc urzędowo wyglądalibyśmy jak groteska: ona z „mężem” i Angelo. A Angelo? Dobrze wychowany, ciepły Włoch do wszystkiego. „Angelo, podaj! Angelo, jedź!”. Poczciwy urzędnik zakochał się w królowej dramatu. Słabość to nie grzech, ale szkoda człowieka.


Wesele drugie. Rodzice—złote gody. Przyczepa jedzie do Nysy, bo ma się gdzieś podziać pół rodziny. Po drodze camping nad czeskim jeziorem. Wieczorem ogniska, pieczone ryby. Rano wspólne mycie przy korycie: dzieci zęby, panowie brody, panie twarze. I wchodzi On: drągal z Niemiec. Ziew, przeciągnięcie, rozpina, wyciąga… i zaczyna pluskać „to i owo” pod kranem, komentując, że „tak trzeba dbać o higienę”. Humor prosty jak koryto. Zdumienie—międzynarodowe.

Granica polska—jak zwykle: dowcipy o Wałęsie nowsze, reszta—stara. W domu barwnie: szykowanie ogrodu, kwiaty, malowanie, polerowanie. Michał przyjechał nowym „Nissanem Patrol”—dziadków zawiezie na ceremoniał „po królewsku”.

W katedrze—dwie pary nowożeńców schodzą przy Mendelssohnie, a potem my: odnowienie przysięgi. Stefan gra z chóru, ksiądz Władek kładzie stułę na splecionych dłoniach. Teleobiektyw pokazuje twarz ojca—wzruszoną do trzewi—i dumne, jasne oczy mamy. Magdalenka odkrywa akustykę kamiennej posadzki: jej sandałki grają. Na koniec „Ave Maria”—to samo, co pięćdziesiąt lat temu w Stryju. Komuś tu się serce rozpuściło. Wiem komu.

Przyjęcie w jadalni Dziennego Domu Pomocy Społecznej—kiedyś willa na dwie rodziny, dziś parking pełen zachodnich blach i jadłodajnia, która w święta nie karmi głodnych. Na schodach lampki do szampana w idealnym szyku. „Sto lat” brzmi jak trzeba.

Mowy. Zosia—jak zawsze—o mamie i tacie, ale zaczęła i skończyła na sobie, z mężem jako świadkiem jej wspaniałości. Dziwnie przykro słuchać autopromocji przy rodzinnym stole. Krysia nieśmiało—na co Stefan: „Proszę o wyrozumienie, rodzina z NRF-u już nie szprecha po polsku”. Mnie też korciło, ale zamiast „od serca” zagrałem formą, żeby nikt nie mógł wbić szpilki. Andrzej z Kłodzka błysnął pointą:

— „Pomimo przeciwności losu?” Jakich przeciwności! Cały czas mieli tak słodko, że tylko zazdrościć!

Nie miał siły łączyć „harmonii małżeńskiej” z wojną, wysiedleniem i stalinizmem. Z Michałem wypiłem więc toast—na zgodę i na rozwagę, której i jemu potrzeba.

Potem dyskoteka. Bramkarz nie wpuszcza? Michał pokazuje język pieniędzmi i już stoimy przy barze. Koktajle w wysokich szklankach—nowość. Tańczymy, śmiejemy się. Wracamy późno. „Nietakt”—słyszę rano. Nietakt netekst. Najmniej to obchodzi Michała: poznał Ilonkę—sąsiadkę—i już umówiony.

Następny ranek rozhuśtany. Daniel wymiotuje (solidarność z dorosłymi?), przyczepa pachnie „aromatami po torcie”. I wbiega Zosia:

— Michał z Wiktorem nie wrócili!

— Wiesz przecież, poszli na imprezę.

— Jest dziesiąta! Witek niepełnoletni!

Domyślam się celu: domki nad Jeziorem Nyskim. Prywatny mit południowych libacji. W pyle południa trafiamy na naszego jeepa. Witek—zielonawy. Michał—w sąsiednim domku—jeszcze wesoły, ale na miękkich nogach.

— Prowadź — mówi i podaje kluczyki. — Ja nie dam rady.

Dziwne. Zwykle dawał. Jedziemy. Najpierw żartuję, potem słucham.

— No… bawiło się do rana. Witek… z kimś… nie pamiętam. Ja—wiesz—pokazałem towarzystwu, co to jest „prawdziwa zabawa”.

— Nie tylko „picia”?

— Daj spokój, staruszku. Ty tego nie rozumiesz. Za twoich czasów tego nie było.

— I co? Dużo straciłem?

— Pojęcia nie masz, jakie to odlotowe.

— Od kiedy?

— Od kiedy… od kiedy… Zresztą te „ćwoki” nie wiedziały, dopóki im nie pokazałem.

Pachnie to już nie trawką, tylko handlem. Michał zawsze miał za dużo kasy, lubił błyszczeć prezentami. Irena mogła sponsorować, ale nie aż tak. Znałem jego miłość do efektów specjalnych. Tłumaczyłem, żartowałem, pisałem mu nawet w rytm maszyny wierszyk o wolności od stada:

w stadzie baranów nie pędź
choćby to był ich pierwszy rząd
być wolnym ptakiem miej chęć
zabójczy jest pospólstwa swąd

najlepszy nawet pasterz twój
prowadząc cię ma własny cel
ten obraz jego dostojny strój
stworzyli inni z złocistych zer

Nie wiem, czy przeczytał. Wiem, że łopatologii nie znosił—obrażał się i zrywał kontakt. A ja, naiwny, marzyłem o kumplostwie ojciec–syn. Rodzina przymykała oko, bo „Michaś to fajny chłopak” — inteligentny, dowcipny, z rozmachem. Tylko że „słabostki” zaczęły mieć wymiar bardzo konkretny. I ciężar.



– Spoilery z turystycznych stołów nie przyspieszą fiata.
– Konie jedzą kamienie, ale w życiu najczęściej kamienie jemy my—po cudzych fajerwerkach.
– Wesela są dwa: to „na scenie” i to „w środku”. Na to pierwsze wystarczą fraki, welony i quizy. Na drugie—odwaga i trochę prawdy.
– A jeśli chodzi o miłość ojca do syna: lepiej mówić „uważaj”, niż milczeć. Nawet jeśli usłyszysz: „Nie zrozumiesz”. Bo może raz na sto—jednak zrozumie.