Drogę do Krakowa przemierzałem wielokrotnie, znałem ją niemal na pamięć. Tym razem jednak—z powodu niecodziennego wydarzenia—miało się wrażenie, że i asfalt przyjął postawę zasadniczą. Podniosły nastrój towarzyszył każdemu kilometrowi. Sznur świątecznie przystrojonych samochodów dostojnie przestrzegał przepisów (jakby same się pisały na tę okoliczność). Nawet milicjanci, wystawieni gęściej niż zwykle, lśnili świeżością mundurów—widok rzadki, a więc tym cenniejszy. Upiększone domostwa, żółte, białe i niebieskie wstążki oraz mnogość flag państwowych podkreślały szczególny charakter chwili; kraj wyglądał, jakby mu nagle przypomniano, że potrafi być odświętny.
Jechałem na spotkanie z Pielgrzymem przemierzającym kraj już ósmy dzień—na spotkanie z papieżem Janem Pawłem II.
Cały naród, od Tatr po Bałtyk, poruszyły odważne słowa Wielkiego Polaka.
W czasach pogłębiającego się niedostatku w sercach wezbrała fala nadziei (niedostatek pozostał, ale za to jaka fala!).
W czasach narastającego niezadowolenia uniósł się duch bohaterstwa (z wyraźną ulgą, że bohaterstwo bywa zbiorowe).
W czasach niepowstrzymanej już swobody wypowiedzi piersi wypełnił zew wolności (na razie—wolności mówienia o wolności).
Nie minął jeszcze rok, odkąd Kardynał Karol Wojtyła opuścił Kraków i objął najwyższą godność w Stolicy Apostolskiej. Morze emocji wciąż nie opadło, duma narodowa miała się dobrze i nie wymagała kartek. A On—Największy—był znów wśród nas i wzniecał pożogę uczuć, tym razem legalnie.
Wiosenne słońce spijało ostatnie krople rosy połyskujące na źdźbłach trawy. Zwarte szeregi kolorowych samochodów pokryły zielone połacie łąk (zieleń dzielnie udawała parking). Owiani świeżością ranka podążaliśmy w stronę Błoni dróżką wydeptaną tysiącem stóp. Uśmiechnięta Alina entuzjastycznie dźwigała część sprzętu fotograficznego—w końcu uczestnictwo zobowiązuje. Oznaczenia na kartach wstępu, otrzymanych z zakładu pracy, kierowały nas ku sektorowi (wzruszające połączenie mistyki i organizacji mas). Morze głów zwróconych ku olbrzymiemu ołtarzowi ogarnął nastrój oczekiwania. Czas mijał na modlitwie.
Szept, z początku nieśmiały, przerodził się w spontaniczny krzyk: Jedzie!… Jedzie!… Jedzie!!! Rozkołysany ocean rąk upodobnił się do kłosów zboża poruszanych wiatrem—tym razem wiatrem radości, a nie decyzji. Z każdą minutą potężniał okrzyk. Wzbijał się nad Błonia wysoko, w nieskazitelny błękit nieba, którego nikt nie zdążył jeszcze reglamentować.
Rozpoczęła się Msza ku czci św. Stanisława. Niewątpliwie uczestniczyłem w uroczystości religijnej; odbierałem ją jednak inaczej—jak manifestację polityczną wymierzoną w socjalistyczną władzę (i nikt się nie dziwił, że to tak gładko się łączy). Otaczał mnie milion ludzi, co najmniej tylu samo interpretacji, a jednak sens jeden. Oczekiwałem na homilię. Przez dziesięciolecia nauczyliśmy się czytać między wierszami—tu nie trzeba było lupy.
Postać biskupa ze Szczepanowa znałem z podręczników. Zatarg z królem—wiadomo—polityka, nie pobożność. Różnice wersji kościelnej i historycznej były mi znane; miałem jednak pewność, że nie o polemikę szło. Pretekst był doskonały: pod nim krzepiono serca i wyzwalano ducha. Przykład walki dobra ze złem aż prosił się o przełożenie na bieżące okoliczności.
„Iść przed siebie to znaczy mieć świadomość celu.” — Cel podpowiadał się sam, nikt nie musiał go drukować.
„Chrystus ukazał tę drogę.” — Najwyższej rangi dyrektywa moralna; trudno o wyższą.
„Święty Stanisław (…) dał świadectwo, przelewając krew.” — Wskazówka, jakie poświęcenie może być wymagane; publiczność rozumiała, choć wolała, by obyło się bez potwierdzeń.
„Nie możemy pozwolić sobie na nieład.” — Huragan braw zadziałał jak pieczęć; porządek okazał się pożądany, byle nie ten „nakazany”.
„Trzeba szukać zbliżeń. Trzeba otwierać granice.” — znów burza oklasków. Poczułem skurcz gardła. Otwarte granice rozumiałem dosłownie. Czy można marzyć śmielej?
Powiedziano wiele, wyznaczono drogę jasno, a jednak przy „Amen” poczułem niedosyt. Chciałem krzyczeć „bis!”, lecz to nie był spektakl—choć miał wszystkie jego atrybuty poza kurtyną. Wypełniała mnie radość i… nostalgia: coś wielkiego się dokonało i właśnie się kończyło. Trzeba było wracać do codzienności, która nie lubiła konkurencji.
Pozostała nadzieja zobaczenia Go jeszcze podczas przejazdu. Po obu stronach trasy na Balice ustawiały się szerokie szpalery. Szukałem miejsca na ostatnie zdjęcia. W słońcu falowały flagi, a na środku jezdni układano goździki—pożegnalny dywan dla Naszego Papieża. Narastało wzruszenie, w oczach łzy (tym razem z niczego nie trzeba było się tłumaczyć).
Otwarty „star”, specjalnie skonstruowany, sunął majestatycznie. Pod delikatnym baldachimem na białej platformie jaśniała ukochana postać. Tak blisko, tak bliska, że milczenie było jedyną formą krzyku.
Ludzie zaczęli się rozchodzić. Objąłem Alinę. Po raz pierwszy przeżywałem tak silne emocje. Usiadłem na krawężniku. Ulica pustoszała, minuty mijały, a ja nie mogłem wstać—ciężar chwili miał swoją grawitację.
W drodze powrotnej słuchaliśmy transmisji z Balic. Papież żegnał się i udzielał ostatnich wskazówek:
„Czasy nasze (…) domagają się, aby nie zamykać się w żadnych sztywnych granicach, gdy chodzi o dobro człowieka.”
— Jak wyobrażasz sobie, Alinko, to zbliżenie ustrojów? — zapytałem, może zbyt przytomnie.
— Nie podniecaj się — uśmiechnęła się. — Właścicielem fabryki raczej nie zostaniesz i fiacika na mercedesa nie zamienisz.
— To akurat mogłoby się udać — odparłem— tylko że Wania też by chciał. A tu już nawet Papież nie rozdzieli kluczyków.
Schreibe einen Kommentar