Przez dziesięć lat związku, ścierając się z najbliższymi Ireny o prawo do własnego domu, ograniczyłem kontakty z rodziną do niezbędnego minimum. Gdy wreszcie zapadła decyzja o odejściu, postanowiłem zostawić za sobą wszystko: cudze dąsy, rodzinne narady, pożyczane autorytety. Chciałem oddychać pełną piersią i zwyczajnie żyć.
Stefana znałem od lat. Pojawił się kiedyś na zjeździe familijnym w Nysie – przyniesiony przez Zosię niczym dobra wiadomość. Informatyk, błyskotliwy, pewny siebie; umiał wtrącić anegdotę we właściwym miejscu, umiał też milczeć, kiedy wypadało. Zosia – ekonomistka z temperamentem organizatorki. Trzymali kurs na „porządne życie” w towarzystwie ludzi postawionych, bez ostentacji, ale i bez kompleksów. Wiktor urodził się równo dziewięć miesięcy po ślubie – jakby zgodnie z planem.
Po wyprowadzce z Tysiąclecia wróciłem do babci Oli, na Kordeckiego. Z dnia na dzień opadało ze mnie napięcie, a gdy przyszło lato – zatęskniłem za drogą. Miałem forda i parę dolarów. Za mało na Zachód, w sam raz na południe.
W biurze podsunąłem Jurkowi pomysł: Czarne Morze. Rumunia, potem Bułgaria. „Jedźmy, póki dusza gorąca” – powiedział. W Ligocie, przy herbacie ze szklanki i odwiecznej porcelanowej cukiernicy, opowiedziałem o planie Zosi i Stefanowi. Skinęli, że właśnie tak – i że Wiktorem przez trzy tygodnie zajmie się teściowa. Ładują się w mój samochód, dzielimy koszty na czworo. Zosia zostaje skarbnikiem, bo i tak zawsze liczy w głowie szybciej niż kalkulator.
Wyjazd opóźnia mi żołądek – ratuje mnie „wodzianka” mamy Stefana. Następnego ranka jedziemy.
Pierwszy postój w Łańcucie. Chłód zamku, zasłony pamięci, a na murze granitowa płyta z gromkim napisem o „nierówności społecznej i chłopskiej krzywdzie”. Proszę Zosię o zdjęcie – nie z ironii, z tego, że w polskiej historii zawsze coś się ściera z czymś, a człowiek między nimi próbuje zachować twarz.
Medyka. Osiem godzin w kolejce – zdążyliśmy zjeść kanapki, wysłuchać historii o dalekich kuzynach i ze dwa razy zwątpić. Potem Lwów. Urodził się tu dziadek, ojciec i ja. Ruszamy na rynek, włączamy się do rosyjskiej wycieczki. Przewodniczka wylicza narody jak paciorki różańca: „i Poljaki toże”. W katedrze – nabożeństwo po polsku, łzy. Na ulicy dzieciaki: „żuwaczku macie?” – Stefan śmieje się półgębkiem, że i ja bym biegał, gdyby ojciec został. Na Łyczakowie znajdujemy grób babki – zadbany, jakby ktoś tu codziennie zaglądał. Przy bramie Cmentarza Orląt ślad po literach – pamiątka po pamięci.
W drodze przez ZSRR dostajemy limit 48 godzin. Oczywiście zbaczamy – Złoczów, Tarnopol. Hotele odmawiają „inostrańcom”, aż wreszcie spotykamy panią Szymczyszyn: „Hotelu nie dostaniecie. Śpijcie u mnie.” Wchodzimy po drewnianych schodach do „kurnej” chaty, a gospodyni już niesie cztery musztardówki. Zanim zdążyliśmy otworzyć naszą flaszkę, nalała „po pełnym”. I jednym tchem – jak wodę. Uczyliśmy się wtedy pokory: Polak może kochać wódkę, ale nie zna jej natury tak jak Wschód.
Rano pani Szymczyszyn poszła do pracy. My – powoli zbierać myśli.
Czerniowce. W restauracji orkiestra rozstawia pulpity. Nie ma miejsc, pozwalają nam usiąść przy muzykach. Czerwony szampan, gruziński koniak, tańcząca Zosia, Jurek – coraz odważniej, Stefan obiecuje saksofoniście nowy ustnik. Wieczór ma smak wschodniej melancholii i lekkiej przesady.
Wracamy w stronę granicy setkami aut. Noc. Kawałek do przodu, łyk koniaku, króciutka drzemka. Ranek przejrzysty, bez kaca. Prom przez Dunaj w Galați – i płyniemy na południe. Delta – dzikość, dzieci z wiosek otaczają auto jak wehikuł. Komary o zmierzchu robią z nas upiorne reliefy. Uciekamy przed nimi do namiotu, do własnego oddechu.
Konstanca – stare miasto, port, kasyno jak z pocztówki. Potem Eforie i Mangalia – modernistyczne hotele, zuchwała bryła XX wieku. Człowiek się uczy, że stereotypy pękają jak szklanki w zmywarce.
Granica. Bułgaria.
Pierwsza noc – przy wędkarzach. Widzimy sztukę prostą jak linia horyzontu: jedna żyłka, wiele haczyków, kilka minut i patelnia pełna srebrnych zygzaków. Smażą na oleju, solą od niechcenia. Rakija krąży, a potem nawet szampan. Skaczę w euforii ze skał – Czarne Morze przyjmuje mnie ostro i zostawia na brzuchu pamiętnik z rys. Rano kefir stawia nas na nogi i nagle wszystko widać wyraźnie: w Warnie wiszące ogrody, w Albenie powietrze pocięte liniami balkonów.
Jedziemy dalej – za Burgas, jak najdalej na południe. Zjeżdżam z szosy, bezdrożem na wysoki brzeg. Cisza, cykady, ciepły wiatr. Z mroku wycina się snop światła – straż przygraniczna omiata morze. Rozstawiamy obóz. Chcemy zostać.
Podjeżdża gazik. Czterech żołnierzy z karabinami. Napięcie jak w strunie skrzypiec. Tłumaczymy – turyści, namiot, woda, chleb, nic więcej. Nie pomogło. Każą się zwijać. Proponuję wódkę – przyjmują, dziękują, ale rozkaz to rozkaz. Eskortują nas do „Niestinarki”.
I wtedy zaczyna świecić słońce, jakby chciało się za tamtą noc zrewanżować. Camping w małej zatoczce – piaszczysta plaża o miękkim kroju, woda czysta jak zdanie bez przekleństw. Żyjemy rytmem południa: poranne pływanie, południowy cień pod płachtą namiotu, wieczorne spacery po skałkach. Kwaśne mleko, chleb, pomidory, śmiech. Zosia nabiera koloru i lekkości, Stefan daje się wciągnąć Jurkowi w rozmowę o niczym, czyli o wszystkim. Czujemy, jak młodość wraca na chwilę – nie ta z indeksami, tylko ta z głodem dotyku i z pragnieniem, żeby dzień był dłuższy niż doba.
Aż wreszcie Achtopol.
Miasteczko senne za dnia, po zmroku wstaje z ławki. Na placu gra orkiestra. Marmur placu pamięta upał i oddaje go stopom tańczących. Siadamy przy stoliku – „pliska” miękko rozwiązuje język. Dzieci krążą, śmieją się, starsi kiwają w takt, młodzi trzymają się za nadgarstki. Jurek wypatrzył ją pierwszy – opalona, prosty profil, usta, które łatwo przechodzą w śmiech. Zerkamy obaj, wstydząc się naszej chłopięcości. Jurek prosi do tańca. Wrócili – przedstawia. Ma na imię Monika, ale brzmi to inaczej: Monika, miękko, bułgarsko.
Tańczę z nią. Przylega lekko, bez pośpiechu. W pół obrotu czuję, że ten wieczór zna drogę. Jurek patrzy – przyjaźń to czasem wąska ścieżka. Umawiamy się wzrokiem: moja kolej.
— Pojedziemy nad zatokę? — pytam.
— Да. — Uśmiech.
Idziemy do auta. I wtedy pojawia się milicjant. Mundur w cieple nocy, głos twardy, spojrzenie nauczone. Monika tłumaczy: pracuje w Sofii, ma wczasy. Nie wolno kontaktować się z cudzoziemcami. Ja śmieję się z bezsilności – to przecież absurd! Mówię po polsku, po rosyjsku, że jestem wolnym człowiekiem w wolnym kraju, że idziemy tylko popatrzeć na wodę.
— Wsiadajcie i odjeżdżajcie — powtarza.
— W takim razie pójdę z panią pieszo — mówię z młodzieńczą patetycznością, której w moim wieku już nie wypada.
Dłoń milicjanta zatrzymuje mnie za przedramię. Nie siłuje się. Trzyma. Patrzy prosto.
— Jedźcie. Proszę.
W jego „proszę” słyszę i rozkaz, i ludzką prośbę. Monika odchodzi parę kroków, odwraca się. Daje mi szybko skrawek kartki, ledwie dotyka moich palców. Litery miękkie: „Achtopol, jutro, o świcie. Plaża obok skał”.
Nie śpimy prawie wcale. Nad ranem idę sam. Powietrze jest jeszcze srebrne, woda szeleści jak sukienka. Monika siedzi na kamieniu, boso, z włosami związanymi chustką. Siadamy obok, bez słów. Mówi, że w Sofii pracuje w urzędzie, że kocha morze, że najbardziej lubi moment, gdy słońce dotyka linii wody, ten pierwszy i ten ostatni. Ja mówię jej o Pirenejach, o Ardèche, o moich dzieciach. O tym, że człowiek może być dobrym ojcem i złym mężem – i odwrotnie.
Słońce wychodzi. Plaża jeszcze pusta. Podaję jej rękę, wstaje. Idziemy płytko, aż po kolana. Woda jest chłodna, ale pod spodem czuję ciepło ziemi. Monika śmieje się, kropelki na jej ramionach drżą w świetle.
przychodzi ranek jak ciepły dźwięk
wypukły jak owoc w dłoni
i my – przez chwilę bez czasu –
zdejmujemy z ciszy zbędne słowa
Znów siada na kamieniu. Dotyk jest naturalny jak oddech. Ramiona, kark, dłonie – nic więcej, a wszystko. Jej policzek ociera się o moje ramię, jakby sprawdzał, czy jestem prawdziwy.
— Пази се — szepcze. Uważaj.
— Ще внимавам. — Postaram się.
Nie umawiamy się na kolejny raz. W południe widzę ją jeszcze raz w miasteczku – idzie z przyjaciółką, macha dyskretnie, śmieje się do kogoś po drugiej stronie ulicy. I tyle. Wystarczy.
Wieczorem znowu plac. Teraz już wiemy, że słońce Bułgarii potrafi dawać i odbierać w tej samej dobie. Tańczymy z Zosią, śmiejemy się ze Stefanem, który próbuje grać na wyimaginowanym saksofonie, i z Jurkiem, który dopytuje szeptem „i co?”. Odpowiadam mu jednym słowem: „Było”. I to słowo znaczy wszystko: i bliskość, i powściągliwość, i to, że człowiek dorosły też ma prawo do odrobiny południa w żyłach.
Następne dni płyną jak ciepła herbata z cytryną. Pływamy do boi i z powrotem. Jemy smażone rybki, palce pachną solą. Zosia targuje się o obrus, Stefan uczy miejscowego chłopaka gwizdać na dwóch palcach, Jurek nauczył się mówić „благодаря” i używa tego jak zaklęcia. Wieczorami na skałkach siadamy we czterech i robimy rachunek dnia: czy było prosto, czy uczciwie, czy pięknie. Przeważnie – było.
W drodze powrotnej, gdy granica już za nami, w radiu gra jakaś polska piosenka o powrotach. Zatrzymuję samochód na poboczu, bo w głowie układa mi się nieporadny wiersz:
słońce nauczyło mnie
wkładać dzień przez głowę jak koszulę
i nie drzeć z zazdrości o guzik
który się nie dopiął
morze nauczyło mnie
oddychać równiej
kiedy obok jest czyjaś dłoń
a noc przy granicy
że nawet mundur
czasem prosi
W Katowicach zapach schodów jest ten sam, tylko we mnie wszystko inaczej ułożone. Babcia Ola pyta, czy jadłem. Odpowiadam, że jadłem. Ale to nie jest cała prawda. Najadłem się słońca, rozmów, bliskości. I uspokoiłem.
Nie wiem jeszcze, jak się potoczy reszta. Wiem tylko, że człowiek dorosły też ma prawo do wakacji, w których młodość wraca nie po to, by udawać osiemnaście lat, tylko po to, by przypomnieć, jak się żyje – pełnym oddechem, na słońcu, z czyjąś dłońą na przedramieniu. I że czasem wystarczy jeden świt na plaży, żeby zrobić miejsce na resztę dnia.
Schreibe einen Kommentar