Babcia Ola miała świadomość nieubłagalnie zbliżającego się kresu. Z dnia na dzień słabła: ciało odmawiało posłuszeństwa, ale w zapadniętych oczodołach wciąż tliło się czujne, głębokie spojrzenie.

Rodzice traktowali mój związek z Aliną dość lekko. Bez jednoznacznych deklaracji czułem ich nastawienie: „przygodna znajoma z robotniczej rodziny, bez wyższego wykształcenia”. Podejrzewam, że nawet nie obdarzyli jej statusem przyjaciółki; najpewniej zaszufladkowali jako chwilową kochankę. Inaczej widziała to babcia Ola. Jej słowa zmieniły w rodzinie optykę, zabrzmiały jak testament: „Nie wiadomo, czy Andrzej nie spędzi z tą dziewczyną całego życia. Bądźcie dla niej dobrzy, nie pozwólcie, by doznała od was krzywdy”.

Na Boże Narodzenie pojechałem do Nysy głównie po to, by pożegnać babcię. Miała jeszcze tyle sił i woli, by usiąść przy wigilijnym stole. Nigdy dotąd nie straciłem kogoś tak bliskiego. Bezradnie patrzyłem, jak gaśnie. Babcia wiarę traktowała po cichu, bez ostentacji. Kiedyś widywałem ją z różańcem; teraz modliła się o szybki koniec. Mama nie umiała pogodzić się z pożegnaniem, a jednocześnie – wyczerpana długą opieką – szeptała to samo.

Czy człowiek w obliczu śmierci może mieć ukryte zamiary? Jeśli nie, czemu nie miałbym zawierzyć babci, gdy mówiła o Alinie. Bałem się jednak wybiegać tak daleko: „Mogę z nią zostać do końca życia”. Wiedziałem, że mnie kocha i chce być ze mną. A ja… Nie. Nawet te słowa nie skłoniły mnie do odważnego spojrzenia bez małżeńskich kompleksów.

W wyniku kolejnej rozbudowy biura trafiłem do nowego zespołu. Szef pielęgnował „rodzinną atmosferę”, co pomogło mu poderwać świeżo „upieczoną” architektkę Anielę. Był bezpośredni – i nie było to na pokaz. Zaproponował mi udział w nowo powstającym przedsiębiorstwie „na wschodzie”, które prowadził jego brat. Zadeklarowałem gotowość na piśmie. Dla zacieśnienia kontaktu zaprosił mnie do Rzeszowa – w wąskim gronie, rzecz jasna z naszymi dziewczynami – na sylwestra.

Lubiłem jeździć. Z Aliną niemal każdy weekend spędzaliśmy w samochodzie. „Maluch” palił poniżej pięciu litrów, koszty dzieliliśmy po równo. Po drodze planowałem Łańcut. Za Krakowem wpadliśmy w zamieć; 126p dzielnie rył koleiny, ale zjadło to czas. Szef czekał, ja przywiozłem dwie półlitrówki – i pech: jedna wypadła, a jej zawartość wypił śnieg. Nie wiedziałem, że zabawę organizuje stowarzyszenie inżynierów i w bufecie obowiązuje prohibicja. Pierwszy raz w życiu witałem Nowy Rok niemal trzeźwy. W niczym to nie przeszkadzało: Alina miała oszałamiającą kreację, delektowałem się jej wdziękiem i myślą o dmuchanym materacu w mieszkaniu szefa. Rozczarowanie przyszło szybko – pierwszy raz zrobiła focha. Nie wiedziałem, jak w piosence Rosiewicza: „Wypiła za mało czy zjadła za dużo?”. Zrozumiałem tylko, że Alina też potrafi się obrazić.

Mieszkanie na Kordeckiego stało puste. Nikt nie miał pomysłu, co z nim zrobić po śmierci babci. Zaproponowałem, by na stałe zameldować tam Alinę. Pojechałem do Nysy – główny lokator musiał podpisać wniosek. Babcia zrozumiała wszystko bez słów. Nie chciała wyjaśnień, podpisała. Miesiąc później odbył się jej pogrzeb. Dom spowiła żałoba, ale skończył się też dramat oczekiwania na nieuniknione.

Kordeckiego zawsze będzie pachniała babcią Olą. Wkrótce jednak mieszkanie zaczęło nabierać świeżości. Alina skrupulatnie zaplanowała przemianę, inwestując w przyszłe „gniazdko” niemałe oszczędności. Podłoga i okna dostały warstwę błyszczącego lakieru. Część starych rupieci wylądowała na śmietniku. Ścian nie trzeba było malować – babcia o nie dbała. W pokoju stanęły: dwa fotele, szeroki tapczan, rozkładany stolik i meblościanka. Charakter wnętrza odmienił się natychmiast.

Wszystko przewiózł dzielnie na dachu nasz „maluch”. Najcięższy był masywny stolik okolicznościowy. Blacha się ugięła, ale wytrzymała; nie wytrzymała filcowa podkładka – odpadła i czekała do lata na butapren.

Cała rodzina planowała urlop w Bułgarii. Chcieliśmy słonecznych tygodni bez loterii pogodowej. My też – po zimnym, mało szczęśliwym polskim lecie – marzyliśmy o gorącym piasku i suchym namiocie. Zdecydowałem: jedziemy razem, ale z przyczyn logistycznych ruszamy osobno. Umówiliśmy się na campingu „Nestinarka”.

Wystartowaliśmy jak zwykle w piątek po pracy, w stronę Zakopanego. Czechosłowackich Tatr nie znałem – chciałem choć rzucić okiem zza szyby. Na Łysej Polanie staliśmy ponad pięć godzin; za granicą widziałem w reflektorach tylko słupki. Padało i było zimno, więc bez zatrzymywania przejechałem całą Czechosłowację. Za Miszkolcem, o świcie, miałem dość. Szukałem skrawka ziemi na parę godzin snu. Mokra trawa, kałuże. Zjechałem w polną drogę: polanka pod lasem – idealna. Zacząłem rozbijać namiot. Alina poszła „w krzaczki” i wróciła z krzykiem: „Pszczoły! Masa pszczół!”. Dopiero wtedy w szarości poranka zobaczyłem dziesiątki uli. Kilka kilometrów dalej – wąska droga kończąca się glinianką. Było mi wszystko jedno. Zasypiałem, rozbijając tropik. Nadmuchałem materac i padłem.

Śniło mi się błogie ciepło. Miękkość falujących piersi Aliny wtapiała się w napięte oczekiwanie. Okrągłość bioder wypełniała cały namiot. Szybowałem w objęciach namiętności, poddając się coraz gwałtowniejszym podmuchom. Głębokie, gorące światło błyskawicy – i odcięło mi prąd.

Obudził mnie upał i zapach jajecznicy. Było południe. Alina, kokieteryjnie zerkając spod daszka tropiku, przeciągnęła się.

– Nie masz zamiaru spędzić nad tym stawkiem całych wakacji?
– Daj spokój, jeszcze nie doszedłem do siebie.
– Nic dziwnego – tak rozrabiałeś.
– Krzyczałem przez sen?
– Nie wygłupiaj się. Było wspaniale. Dawno mnie tak nie kochałeś, choć myślałam, że od razu zaśniesz.

Rumunię przejechaliśmy w dwa dni. W Konstancy krótki postój, potem Mangalia – Alina wracała wspomnieniami do orbisowskiej wycieczki sprzed lat. Dotarliśmy do hotelu, gdzie czuła się niegdyś jak królowa, a potem – na plażę. Do wieczora leżeliśmy w rozleniwiającym słońcu. Campingu znaleźć nie mogliśmy; jedyny pełen. Rozbiłem namiot… na betonowej drodze. Śledzie odpadały, więc ustawiłem koła „malucha” na linkach i z dumą uwieczniłem ten wynalazek na slajdach.

Na granicy rumuńsko-bułgarskiej korek ciągnął się kilometrami, ale niespodziewanie szybko go rozładowano. Obiad zjedliśmy w dawnym miejscu – tam, gdzie lata temu skałki wyrysowały na moim brzuchu pamiątkę. Za Rusałką kusiły skrzynki olbrzymich brzoskwiń. Do przeładowanego po brzegi „malucha” nic nie wchodziło, a jednak przepakowałem tył. Cena śmiesznie niska, a smak… Aksamitne kule słońca, aromat odurzający, nektar nie do przełknięcia naraz. Łapczywie zanurzałem się w słodyczy, pewien, że niczego pyszniejszego już nie zjem.

W Warnie mieliśmy się spotkać z koleżanką Aliny – nadaremnie, czekaliśmy dwie godziny przy fontannie. Zrobiło się późno, zostaliśmy.

Następnego dnia długie godziny spędziliśmy w Neseberze: kamienne mury, cerkwie, drewniane domy i portowe rybki, których z łakomstwa zjedliśmy zbyt wiele.

Wieczorem wjechaliśmy na „Nestinarkę”. Jaką radość daje bycie oczekiwanym – i zarezerwowane miejsce, i zastawiona kolacja. Do późna trwało przyjęcie, rozgrzewane również „słonecznym brzegiem”.

Zosia ze Stefanem mieli pod opieką dwoje dzieci – nie było mowy o wyprawach na dziewicze skałki. Rodzice też nie szukali ustroni do bezwstydnego opalania. Karol, brat Stefana, unikał słońca i smarował poparzone miejsca grubą warstwą kremu. Postanowiłem więc nie wyłamywać się – plaża, rodzinna gromada, drobne przyjemności dnia. Camping pękał w szwach. Z żalem, że nie zabrałem kamery, obserwowałem poranne widowisko: beczkowóz, wywożący przepełnione szambo, sunął z cieknącym zaworem i kreślił na drodze zapachowy szlak. W obozie leciało hasło: „Uwaga! Jedzie świeże, żywe gówno!”. Po paru minutach słońce ślady suszyło, resztę rozcierały bose stopy. Nikt się nie oburzał. Liczyły się słońce, woda, swoboda.

Po dwóch tygodniach, gdy wszyscy odjechali, zrobiło się pusto. Nasz namiot stał samotny na środku placu. Ucichł gwar. Nawet pliska smakowała inaczej. Uciekliśmy od tej pustki. Alinie zaszkliły się oczy, gdy nabieraliśmy do baniaków źródlanej wody „na drogę”. Zaplanowaliśmy jeszcze parę miejsc, ale żal kończących się wakacji kłuł ją wyraźnie.

W głąb kraju jechaliśmy nasyceni solą. Plantacje pomidorów i brzoskwiń ciągnęły się bez końca, upał lał się z nieba. „Maluch” dzielnie to znosił.

Żeravna – kamienista droga, osioł objuczony chrustem i cisza jak z dawnego świata. Dekolt Aliny wzniecił niepokój; w nieruchomym lata całe powietrzu uniósł się pył zgorszenia.

Po dwóch godzinach inny świat – Veliko Tarnovo, „bułgarski Kraków”, tłum turystów rozdeptywał ruiny dawnej chwały. Potem cichy monastyr Preobrażeński: czarna sylwetka popa idącego pergolą wśród dojrzałych kiści, za nim kot. Freski, zieleń, chłód kamienia. Symboliczny teatr kolorów i ciszy.

Na przełęczy Szipka z daleka majaczył pomnik ku czci rosyjskiego zwycięstwa nad Turkami. Pokonaliśmy dziesiątki schodów, by dołączyć do obchodów setnej rocznicy. Mój teleobiektyw wyglądał krucho przy armatnich lufach. U stóp wzgórza, w zieleni, błyszczały złote kopuły cerkwi – sił starczyło już tylko na krótkie zwiedzanie. W Kazanłyk zamiast namiotu – urocze bungalowy. Dzięki temu rano od razu ruszyliśmy do Sofii.

W centrum odsłonięta nekropolia, obok smukłe minarety. Wokół bazyliki św. Zofii – wygładzone, przecięte kołami kamienie. Uciekliśmy z metropolii w góry Riła. Monastyr – bajeczny, wielobarwny – tonął w rzece turystów. Freski, krużganki, monumentalna korona skał – wszystko ginęło w hałasie. Ustronie znaleźliśmy dopiero na polu namiotowym za murami. Lodowaty górski strumień przecinał teren. Po północy słupek rtęci runął do zera; wszyscy rozpalali ogniska. Zawiedliśmy się na najskuteczniejszym sposobie rozgrzewki – po nim było jeszcze zimniej. „Słoneczny brzeg” nie pomógł. Resztę nocy spędziliśmy na niecodziennej dyskotece, tańcząc do rytmu płomieni.

Belogradčik był ostatnią wielką atrakcją. Gigantyczne, ulepione miliony lat temu formy skalne dawały pejzażowi charakter baśni. Alinę ta inscenizacja natury przeraziła – w cieniu siedziała cicho. Ja wspiąłem się na blok i patrzyłem: armia kamiennych rycerzy, bestii i cieni zastygłych w bezruchu. W świetle księżyca musiałoby być tu strasznie. Zamiast kilku kadrów wypstrykałem cały film. Zaskakiwała garstka turystów – miejsce powinno być słynne. Chciałem zostać na noc, ale na pustym polu czuliśmy się nieswojo. Na szczęście kamienne straże czuwały do świtu. Zapomniałem zatankować – zjeżdżałem więc ponad trzydzieści kilometrów na luzie. Do Vidinu dociągnęliśmy bez przygód.

Za granicą rumuńską czekałem na Żelazne Wrota. Tamy obejrzeliśmy z okien auta – nie zatrzymywałem się. W Băile Herculane nie poddaliśmy się „świętym wodom Herkulesa”; wystarczył warkocz czosnku kupiony od wieśniaczki. Sam kurort – piękny, w górach, nostalgiczny po rzymsku.

W Budapeszcie tylko dzień. Na przepełnionym campingu zgodzono się nas przenocować. Mógłbym zostać, gdybym zapłacił 230 lei za pokój – ale kończyły się pieniądze. I zęby szczękały: po bułgarskich upałach temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni.

Ostatnia noc – Calovo, deszcz, zimno. Rano, niewyspani, ruszyliśmy do domu. Nysa przywitała nas serdecznie. Po dniu odpoczynku wróciliśmy do katowickiej codzienności.