Perspektywa podróży do Szwajcarii, Francji i Włoch doprowadzała mnie do szalonej ekscytacji. Nagle realne stawały się sny z innego świata — z kolorowych pocztówek, zza granicy naszej socjalistycznej codzienności.
Widziałem siebie pod ośnieżonym Matterhornem, na tle dymiącego Wezuwiusza. Chciałem, by moje stopy dotknęły pyłu Pompei, a oczy odbiły błękit Lazurowej Groty.

Irenka musiała zostać w kraju z małą Julianną. Nie poruszaliśmy innych powodów, choć w „simce” więcej niż pięciu i tak by się nie zmieściło.

Przygotowywałem się gorliwie. Z przewodnikiem w ręku i samouczkiem włoskiego w kieszeni, w pracy szeptałem pod nosem quanto costa i bella ragazza, a w domu podrzucałem Michała w rytmie: uno, due, tre.
Cały dom żył wyjazdem. Nawet ciocia Bumcia przyjechała pomóc przy szyciu kreacji. Kolorowe „łączki” kwitły na sukienkach, koszulach i poszewkach — wesoły patchwork rodzinnego entuzjazmu.

Paszporty przyszły w ostatniej chwili, a emocje sięgały zenitu. Samochód trzeba było jeszcze przygotować, kryształy kupić, kanistry dopasować — i wreszcie, pewnego sierpniowego poranka, ruszyliśmy.

Droga przez Czechosłowację była pełna przygód. Pękł tłumik, auto ryczało jak rajdowiec. Na granicy rozbieraliśmy bagażnik do ostatniego guzika, ale Niemcy przepuścili nas błyskawicznie.
I wtedy — nagle — wszystko się zmieniło. Idealny asfalt, porządek, błyszczące auta, zapach benzyny i wolności. Rzędy kolorowych reklam, witryny pełne dóbr, których dotąd nie znałem.

Monachium. Ulice tętniące ruchem, ludzie kulturalni i spokojni, nawet w korkach. W zaułkach hipisi z gitarami, brudni i piękni zarazem. Wystawy sklepowe — jak świątynie. Stałem za szybą, patrzyłem i wiedziałem: jestem po tamtej stronie tylko na chwilę.

Wieczorem notowałem w dzienniku:
„Odnoszę wrażenie, że chciałbym pracować i oszczędzać choćby cały rok, żeby przez parę dni móc korzystać z tego świata.”

Dzień po dniu zapisywałem zachwyty, drobiazgi, pejzaże i smaki, aż do ostatniego wpisu:
„Radość pomieszana z żalem — tak to już Polska.”


Zachorowałem beznadziejnie, nieuleczalnie. Każdy ranek pogłębiał tęsknotę za kolorem, światłem i spokojem tamtego świata.
Nie znajdę lekarstwa ani lekarza, który uleczyłby tę chorobę. Można ją tylko nosić w sobie — jak wspomnienie zapachu lata i dźwięku obcego języka, który brzmiał jak obietnica.


Strumień, 17 IX 1970

gwałtownie przenikam miękkość
bagażem wirujących wrażeń
szaleńcze pragnienie pieszczot
rozkoszy zapomnienia zarazem

dociera i trwa zapach lata
z nim oddech śpiących dzieci
rozsądek rozwichrzonej chwili
łagodzi falę uniesień


Po powrocie wszystko wydawało się szare — nawet powietrze miało mniejszy oddech.
Setki kolorowych zdjęć traciły blask, a metry filmu milczały jak po przerwanym śnie.
Kiedy Irenka znów zaczęła poranne nudności, wiedziałem tylko jedno:
świat, w którym żyję, kręci się dalej, ale ja już nigdy nie będę patrzył na niego tak samo.