Koledzy ze studiów rozsypali się po różnych przedsiębiorstwach i wchodzili — najczęściej w gumowych butach — w budowlane życie. A ja siedziałem za biurkiem. Oni liczyli wywrotki z ziemią, a ja nie potrafiłem docenić uroku biurowej kawy. Miałem wyrzuty sumienia wobec pracodawcy: zawdzięczałem mu mieszkanie, a wiedziałem, że długo nie wytrzymam. Przerażała mnie przyszłość referenta.

Podczas oblewania mieszkania Paweł wspomniał, że w jego przedsiębiorstwie szukają młodych inżynierów. Następnego dnia, po krótkim „wyskoczeniu” z pracy, w parę minut pokonałem dystans między ulicą Warszawską a Powstańców. W wydziale kadr nowego przedsiębiorstwa przyjęli mnie entuzjastycznie. Potrzebowali fachowców i nie widzieli przeszkód, żebym od zaraz dołączył do zespołu. Obiecali nawet spłacić resztę mojego stypendium.

Wylądowałem znów w biurze — tym razem na stanowisku inspektora technicznego. W potężnym Przedsiębiorstwie Budownictwa Węglowego, składającym się z pięciu Grup Robót, powierzono mi kontrolę nad dwiema: w Siemianowicach Śląskich i w Wałbrzychu. Raz na kwartał musiałem sprawdzić, czy to, co na papierze, zgadza się z rzeczywistością. Praca była ciekawa — miałem kontakt z ludźmi i budowami. Problem zaczynał się dopiero w biurze. Raporty z delegacji nie wypełniały całego dnia. Resztę czasu spędzałem na rozmowach, lekturze fachowych pism i krótkich wypadach do pobliskiej pijalni soków (w poniedziałek najlepiej smakował kwas z kiszonej kapusty). A potem śniłem z otwartymi oczami o Michale.

Kilka dni wcześniej Irena wróciła z Wrocławia. Zdała przedostatni egzamin z chorób zakaźnych, a Michał już zdrowo rozrabiał — wypychał brzuch matki na wszystkie strony, urządzając nam zgadywankę: „Co to było — łokieć czy piętka?”. W połowie września postanowiła pojechać do szpitala.

– Nie mogę dłużej czekać! Już pora na niego.
– Na pewno wiesz lepiej.
– Myślisz, że złapiesz w nocy taksówkę, jak mnie złapie?
– Przy pierwszym dziecku to przecież nie idzie tak szybko.
– A może będziesz znosił mnie z trzynastego piętra, jak winda nawali?

Faktycznie, termin zbliżał się, miejsce w szpitalu było przygotowane – po co więc ryzykować.

Teściowa zjawiła się parę godzin po odwiezieniu Ireny do Chorzowa. Cóż ja tam mogłem wiedzieć, co potrzebne jest niemowlakowi? Po dwóch dniach przyjechał wujek Bolek, a do drogi szykowała się babcia Włodzia. Rodzina przystąpiła do porządków większych niż przed Wielkanocą: mycie podłóg i okien, trzepanie dywanów, pastowanie, froterowanie – wszystko musiało błyszczeć jak wiadomo komu, wiadomo co.

W napiętej atmosferze nadeszła oczekiwana wiadomość:
Hura! Jest! Urodził się Michał!
Radość i łzy. Duma wszystkich – pierwszy syn, pierwszy wnuk, pierwszy prawnuk!

Dopiero teraz zaczęła się gorączka: łóżeczko, becik, śpioszki, wózek, smoczki – nic nie było gotowe. Wcześniejsze przygotowania mogłyby przecież przynieść pecha. Godziny i dni biegły szybko. Wreszcie „Turandot” zagłuszył donośny głos Michała.

Łobuz był śliczny, zdrowy i uśmiechnięty. Każdy chciał go pokołysać, wędrował więc z rąk do rąk. Babcie rywalizowały w zapałach, a Irena promieniała. Poród przebiegł bez problemów, czuła się świetnie – tylko z nadmiarem pokarmu nie dawała sobie rady.

Nie można jednak kusić szczęścia – dziecko trzeba jak najszybciej ochrzcić.
Rozpoczął się więc następny etap przygotowań, w którym prym wiodły kobiety. Nie wiem, czy to była jeszcze religia, czy już magia. Biel i koronki, trochę niebieskiego, coś starego, coś nowego – cały ten rytuał miał zapewnić zdrowie i pomyślność. A wszyscy mieli jedno życzenie: żeby Michał wrzeszczał w niebogłosy, gdy ksiądz poleje mu głowę święconą wodą.

Nasze M-2 ledwo mieściło gości, ale atmosfera była ciepła i rodzinna. Przyjechali prababcie i dziadkowie, ciocie i wujkowie, przyjaciele domu. Z Wrocławia przybył Artur z żoną – on został ojcem chrzestnym, Krystyna matką. Kręciłem film i robiłem zdjęcia. Michał był nakarmiony, odświętnie przybrany, a rodzice wsadzili mu pod pupę złotego talara „na szczęście”.
W kościele wył jak należy – babcie były zachwycone: „Wyrośnie na zdrowego mężczyznę!”
Chrzestni prześcigali się w obowiązkach, łącznie z wręczaniem kopert księdzu. Uroczystość wypadła wspaniale, a toast „za zdrowie Michała i jego rodziców” rozbrzmiewał do późnej nocy.

Kilka dni po chrzcinach musieliśmy pójść do przychodni – Michał kasłał i miał gorączkę. Lekarka stwierdziła przeziębienie i podała antybiotyk.
Irena była przerażona. Matczyne serce i zatroskane sumienie przyszłej lekarki szukały przyczyny:
„Gdzież on się mógł tak przeziębić? Co prawda leżał długo w kościele na mokrym beciku, ale to przecież była święcona woda…”

Michał szybko wracał do zdrowia, ale zaniepokojenie Ireny nie mijało.
– Andrzej, chciałabym, żeby babcia Włodzia pobyła u nas trochę. Muszę przecież zdać ten ostatni egzamin. Pomoże mi w kuchni i zajmie się dzieckiem.
– No pewnie, że może zostać.

Nie zapytałem tylko, jak długo potrwa to „trochę”. I to był mój błąd.