7. Klaudia
– Mogłeś uważać!
– Miałaś pewne dni.
– Nie wiedziałeś, co robisz?!
– Powiedziałaś, że mogę zostać.
– Zawsze kończyłeś na zewnątrz!
– Zawsze?! To ty zawsze zeskakujesz.
– Bo nigdy na tobie nie można polegać.
– Odkąd pracujesz, całkiem ci odbija.
– Gdybyś więcej zarabiał, nie musiałabym iść do pracy.
– Zmieniasz temat. Dobrze wiedziałaś, że możesz zajść w ciążę.
– To ty powinieneś wiedzieć.
– Ja? A może to ja jestem lekarzem.
– Do tego nie trzeba być lekarzem.
– Pewnie, że nie — trzeba być aktorem! Trochę ci się pomyliły zawody.
– To ty pieprzysz! A dziecko i tak się dowie, że go nie chciałeś.
Podniosłem ręce w geście bezradności i wyszedłem z pokoju.
Cholera… jak strasznie boli bezsilność.
Nie miałem wątpliwości — Irenka zaplanowała tę ciążę z premedytacją. Po powrocie z zagranicy kochaliśmy się bez opamiętania, myśląc, że wszystko się wreszcie ułoży. Przecież oboje pracowaliśmy, Michał wyrósł z pieluszek, Jula stawiała pierwsze kroki, a w nowym mieszkaniu kładziono już tynki.
potworne uczucie
żal, zawód, niemoc
być oszukanym, sił brak
ciągła ułuda
wieczna ufność
ściana, tunel bez końca
gniewna młodość
nowe życie?
problemy rozsiewa ciągły fałsz
miłość
poświęcenie
czy dlatego wyszło zero
za burtę skakać mogą
z dziurawej łajby nadziei
odwagą przebici, pewnością olśnieni
Święta Bożego Narodzenia spędzamy znowu w Nysie, tym razem pod znakiem ślubu Krysi i Zygmunta.
Nie wielka miłość ich połączyła, raczej wyczucie czasu i rozsądku. Zygmunt, solidny, dokładny, bez fantazji — miał jednak to, co w PRL-u liczyło się najbardziej: rodzinę w Niemczech i samochód z Pewexu.
Krysia wyglądała na szczęśliwą, a rodzina na spełnioną.
Było hucznie — nakręciłem film, w którym największe wrażenie robiły piramidy z plastrów szynki.
Michał, czyli Buruś, biegał między nogami gości, a Jula spała w wiklinowym łóżeczku.
Irenka zwierzała się bliskim z błogosławionego stanu.
Wszyscy powtarzali: „pierwsze lata są najtrudniejsze”.
Żona Janka pocieszała:
– Ile razy mówiliśmy o rozwodzie? A zobacz, jakie mamy dzieci.
Fotograf ślubny dodał od siebie:
– Najgorsze to dziesięć pierwszych lat. Potem to już jakoś leci.
A ja?
Nie chciałem, żeby „jakoś leciało”.
Chciałem dobrze. Chciałem super.
Za dużo chciałem?
W czerwcu wysłano mnie na Targi Poznańskie. Rok wcześniej zostałem ukarany za brak „lojalności wobec przedsiębiorstwa” — tym razem się udało.
Cała rodzina czuwała przy Irenie, termin porodu zbliżał się wielkimi krokami. Cieszyłem się na parę dni wolnych, nie spodziewając się, że właśnie wtedy zostanę oskarżony o wszystko.
Wróciłem z torbą pełną prospektów, a w drzwiach usłyszałem:
– Irenka urodziła córkę.
– Córkę? – wykrztusiłem.
– Tak. I żeś nie dorósł ani do roli ojca, ani męża.
Pognałem do szpitala.
Irenka wyszła mi naprzeciw, trzymając w ramionach dziecko. Na jej zmęczonej twarzy błąkał się uśmiech.
– To jest Klaudia. Zobacz, jaka ładna. A tyś jej nie chciał.
Słowa wypowiedziane miękko, z akcentem na każdym dźwięku, utkwiły we mnie jak szpilki.
Nie wiedziałem wtedy, że już nigdy nie przestaną kłuć.
Że zastąpią prawdę.
Że zablokują uczucie.
Schreibe einen Kommentar