Do stabilizacji rodzinnego życia jeszcze daleko, a jednak w codzienności zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki normalności. Pilnowała ich przede wszystkim babcia Włodzia. Od dnia przyjazdu rozgościła się jak u siebie. Zajęta — zgodnie z życzeniem Irenki — kuchnią, doprowadziła do perfekcji zupy: zawsze takie same, z tym samym „czymś” nie do zidentyfikowania i z tym samym, jednoznacznym przypaleniem. Do dziś mam dreszcz, gdy o nich pomyślę. Dobrze, że nikt z nas nie słyszał wtedy o anoreksji.

Poza licznymi zaletami babci Włodzi szczególnie ceniłem jej czujność. Ileż to razy w nocy, usłyszawszy najmniejszy podejrzany dźwięk, wchodziła do naszej sypialni zatroskana losem prawnuka.

Teściowa — z wrodzoną, matczyną czułością — wzięła pod opiekę całość. Przeniosła się do Strumienia, gdzie dotąd wpadała raz w miesiącu, gdy teść dostawał wypłatę. Teraz bywała u nas prawie codziennie. Zakochana po uszy we wnuku, nie przepuszczała żadnej zmiany pieluszki ani jednego poważnego beknięcia.

Nieoceniony okazał się wujek Bolek. Jego wizyty oznaczały pracę: mycie podłóg, trzepanie dywanów, pranie pieluch, spacery z Michałem, stanie w kolejkach. Nigdy nie mieliśmy zgrzytów — przeciwnie, zawiązała się męska nić sympatii.

Choć pracowałem i zarabiałem, poziom życia zależał od rodzinnego wsparcia. Moja pensja wystarczała do połowy miesiąca, renta babci Włodzi na kilka kolejnych dni. Resztę łatała teściowa, przywożąc mięso z rzeźni — „próbki” do badań dla teścia. Z Nysy dochodziły paczki i parę groszy, żeby czasem starczyło Michałowi na banana.

Mimo pomocy pieniędzy brakowało. Czekałem, aż Irenka zda ostatni egzamin i pójdzie do pracy. Byłem wdzięczny całej rodzinie, zwłaszcza tej „od Irenki”, za opiekę.

Na Boże Narodzenie pojechaliśmy z Michałem do Nysy. Z nami — oczywiście — babcia Włodzia i teściowa. Na tak ważną uroczystość zjechali wszyscy. Dwie rodziny, dwa domy, więc były dwie wigilie, dwa śniadania świąteczne, podwójne obiady i kolacje. W gonitwie znalazłem wieczorem chwilę i wyciągnąłem Irenkę do parku. W ciszy padającego śniegu próbowałem — słowami i nie tylko — wytłumaczyć, że te więzy rodzinne są jednak zbyt ciasne i trzeba je choć trochę poluzować. Strategię miałem gotową; argumentację Irenki — jeszcze bardziej. Po tamtej „wymianie zdań” nie miałem wątpliwości: babcia Włodzia wraca z nami do Katowic.

W młodości komu nie marzyły się rajdy samochodowe? Każdy, kto miał choćby kontakt z czterema kołami, znał Sobiesława Zasadę. Ja też. Jeździłem głównie w Nysie, bo tylko tam mogłem. Rodzice kilka miesięcy wcześniej kupili simkę 1501. Transakcję zawdzięczali właściwie moim znajomościom: Staszek, kolega ze studiów (ten od „Greka Zorby”), handlował zachodnimi autami. Wymiana „warszawy kombi” plus 110 tysięcy na pachnącą komfortem simkę — rodzice się zgodzili, pokochali ją od pierwszego wejrzenia. Uczucie nie zardzewiało; samochód — niestety tak.

Miasto miało świąteczny nastrój, lekki mróz ściął śnieg. Trenowałem poślizgi. Obok siedział Zygmunt, narzeczony Krysi. Przed betonowym mostem szeroki łuk w lewo. Prędkość za duża, auto wynosi. Kiedyś już w takim miejscu zagiąłem felgę w „warszawie”. Odbijam koła, podążam za ślizgiem, przelatujemy przez pusty chodnik, przed maską niewinna zaspka… Dumnie myślę, że uratowane, aż tu łup: przednie zawieszenie trafia w pień ukryty pod śniegiem. Błotnik odginam bez trudu, gorzej pod spodem — wygięty drążek kierowniczy.

Ojciec nie da się nabrać — ma ucho do takich rzeczy. Zygmunt bladnie, ja kombinuję. Milczeć? Przyznać się? Ostatecznie Zygmunt pęka i opowiada. Ulżyło mi, ale czułem się podle. Siedziałem w kuchennym kącie bez obrony. Najostrzej atakowała Irena:

— Ty chyba jesteś zbrodniarz! Jak możesz narażać małego Michałka? Pomyślałeś, że ta kruszynka mogłaby na mrozie zamarznąć?

Ojciec pojechał do stacji obsługi. Wrócił z dobrą wieścią: uszkodzeń nie wykryto, tylko zbieżność do regulacji. A ja? Tchórz czy nieodpowiedzialny gówniarz?

Zima się kończyła, zupa nie zmieniała smaku, w powietrzu pachniało wiosną. Babcia Włodzia się przeziębiła — kilka dni w łóżku, drobiazg. Za to nocne nasłuchiwanie ustało. Niby nic, a po chwili okazało się, że w naszym M-2 będzie tłoczno: Irenka znowu zaszła w ciążę.

Rodzinna radość miała lekko przygaszony odcień. Ojciec podsumował to ludową mądrością:

— Jeszcze jeden „gołodupiec”!

W duchu przyznałem mu rację. Irenka nadal nie miała wszystkich egzaminów, a moje trzy tysiące złotych dzielone na cztery osoby plus babcia… lepiej nie liczyć. Ale od czego młodość i optymizm.

W takich okolicznościach nie kwestionowałem rodzinnej pomocy — tej oczywiście „od Irenki”. Teściowa coraz częściej nocowała u nas, pomagając babci przy zupach o znanym smaku. Wujek Bolek wydłużał wizyty, dbając o porządek i — co ważne — o regularne kontrole w pobliskiej „Adrii”. Nawet teść, dotąd wstrzemięźliwy, się uaktywnił. Zakres moich domowych obowiązków skurczył się do minimum. „Małżonek winien dbać o dobro materialne rodziny” — powtarzałem sobie. Niestety i tu rozmach miałem ograniczony. Przeszedłem na budowę, pensja wzrosła, ale nie do poziomu marzeń Ireny. Słusznie mówiła, że pod ziemią zarobiłbym więcej. Z czasem życzenie stało się postulatem.

Teoria młodego inżyniera i budowlana praktyka — dwa światy. W przedsiębiorstwie rządził plan. Liczyły się metry betonu i ton y stali, nie solidność i estetyka. Przerób i BHP — to było wynagrodzenie i premia. Byłem majstrem, moją kierowniczką — kobieta. Dla niej pryncypia firmy były oczywistością. Ja „zielony” — wciąż upierałem się, że stropowy beton ma mieć wytrzymałość z projektu, a ściankę działową trzeba wymurować prosto, a nie „ile metrów na szychcie”. Rąk do pracy brakowało, więc przydzielono nam wojsko. Myślałem, że się sprawdzi.

Szukam kiedyś ochotników do rozładowania cementu. „Zieloni” zniknęli. Idę za odgłosami. W pustym budynku — rubaszna zabawa.

— W co gracie? W „dupaka”?

— Nie, panie inżynierze, lepsze mamy. Patrzcie!

Z opaską na oczach szeregowy Janek miał zębami wyciągnąć zapałkę spomiędzy splecionych dłoni Staszka. W ostatniej chwili kapral ściągnął spodnie i wypiął się tam, gdzie powinny być ręce. Ryk śmiechu niósł się po piętrach. A za chwilę — tona cementu do rozładunku. „Herbatka” też była: dwie paczki na pół litra, działa „fantastycznie”.

— Panie inżynierze, z ludźmi trzeba umieć żyć! — warknęła szefowa. — Wczoraj kazał pan burzyć krzywą ściankę, dziś chce pan zabrać mi wojsko. Stawiaj pan swoje „bałwany” w dzienniczku, a mi zostaw resztę.

„Z ludźmi umiała żyć” — fakt. Mnie to nie odpowiadało. Poprosiłem o przeniesienie.

Szkoda, że równie łatwo nie szło z rodziną. Więzi Irenki z jej bliskimi zacieśniały się zamiast luzować. Gdy wyczerpałem środki parlamentarne, spróbowałem raz działania „kapralskiego”. Irenka pojechała do Wrocławia po termin egzaminu, więc doszło do spięcia z teściową. Użyłem słów precyzyjnie dobranych z budowlanego słownika eks‑szefowej. Krzyczałem długo i bez przerw, po czym podałem paltocik, kapelusz, torebkę — i z ulgą zatrzasnąłem drzwi. Efekt? Żaden. Następnego dnia teściowa, tak hucznie zelżona, wróciła jak gdyby nigdy nic, by pomagać babci przy obiedzie. Ludowe porzekadło mówi o takiej odporności: „Wytłumaczył sobie, że to deszcz, kiedy mu napluto w twarz”.

Przypomniała mi się przy tym scena z Nysy: Zbyszek cały ranek leżał w łóżku. Teściowa z troską zaniosła jajecznicę.

— Wypierdalaj, stara k…! — usłyszała. Talerz o drzwi, jajka po ścianie. Po godzinie — powtórka ze schabowym.

Oto klimat.

Musiałem działać inaczej — powiększyć metraż. Droga już znana: zaświadczenie lekarskie o „przyszłościowej rozbudowie rodziny” i wniosek. Uśmiechnęło się szczęście. Na osiedlu ruszył „ślizg” nowego wieżowca. Po roku miał stać gotowy. Zarezerwowano nam M‑5 na czwartym piętrze.

Ciąża dobrze wpływała na Irenkę — i na charakter, i na łóżko. Agresja mijała, czułość rosła. Do tego wczesnym latem wróciła z Wrocławia z dyplomem. Cieszyłem się, nie wiedząc jeszcze, co oznacza w domu kobieta pracująca.

Latem — wczasy w Grodnie, pierwszy raz bez Michała; został z babciami i ciocią Cesią. Dużo słońca, dużo czułości. Zaraz potem Irenka zaczęła pracę w chorzowskim szpitalu. Nowe mieszkanie rysowaliśmy w głowach do ostatniego szczegółu. Jesień nie ostudziła nastroju, a zupy babci jakby… mniej przypalone.

Michał na pierwsze urodziny przekoziołkował przez kojec — miękko wylądował na dywanie. Od tej pory sekundy bez nadzoru nie wchodziły w grę. Rósł zdrowo, choć nie wszystko był w stanie zjeść z rodzinnego jadłospisu, więc dorobił się fafułów, a nóżki miał jak dwa baleroniki. Paplał radośnie. Cisza oznaczała pełną pieluchę. Rozpuszczaliśmy go wszyscy. Nie zasypiał, jeśli nie trzymałem go za rączkę — często więc zasypiałem pierwszy, leżąc obok na tapczanie.

W upalny weekend w Strumieniu Irenka skróciła mu loki nożycami na schodach lecznicy. Ciocia Cezia uwieczniła scenę w mini‑albumie rysunków.

Michał uwielbiał, gdy podrzucałem go do góry — Irenka nie mogła na to patrzeć. Mógłby też bez końca podskakiwać na moich kolanach przy: „Hop, hop, hop — jedzie sobie chłop, a za chłopem Żyd, na koniku hyc… a za Żydem Żydóweczki…”.

Wieczorami rozważaliśmy imię dla następnego dziecka. Irenka prowadziła moją dłonią po brzuchu, śledząc kopnięcia. „Coś”, jeszcze bezimienne, zaznaczało obecność. Jeśli chłopiec — imiona dziadków czekały. Jeśli dziewczynka — zaczynał się spór. Nie godziłem się na uhonorowanie teściowej; Irenka odpłacała pięknym za nadobne. Ostatecznie nie podobało nam się już nic „z drugiej strony”.

Szary, grudniowy ranek. Deszcz przechodzi w śnieg, na drogach breja. Irenka budzi się wcześnie. Spakowani, stoimy na postoju. Taksówek brak. Ruszamy pieszo, łapiąc okazję. Irenka wchodzi na jezdnię z uniesionymi rękami. Hamuje „syrenka” — pan Władek z osiedla, od którego kupiliśmy sportowy wózek.

— Proszę szybko do Ligoty! Szpital Kolejowy.

Irenkę zabierają natychmiast na porodówkę. Zostaję pod drzwiami. Usprawiedliwiam się telefonicznie w pracy. Czekam. Minuty się wloką. Mężczyzna przed porodówką zawsze wygląda jak z komedii, nawet gdy gra w dramacie.

— Ma pan córkę — słyszę wreszcie. — Dziecko zdrowe, żona ciężko przeszła poród. Dziś nie zobaczy pan żony. Proszę na koniec korytarza — zza szyby pokażę niemowlę.

„Michał przy niej wydaje się olbrzymem. Jaka delikatna. Jak zaciska piąstki.” Pielęgniarka uśmiecha się lekko. Koniec widzenia.

Dziewczynka. W zasadzie dobrze. Piłki ze mną nie pokopie, ale kiedyś poszalejemy na parkiecie.

Babcie były w siódmym niebie: — Parka! Idealnie. Jak będzie miała na imię? Marysia? Magdalenka?

— Julianna — powiedziała Irenka. — Chcę, żeby była Julianną. Tak się namęczyłam, że mogę zdecydować.

Wyglądała jeszcze marnie, więc bez sprzeciwu — „Niech się dzieje wola nieba…” — przyjąłem wybór. Wiedziałem przecież, że gdyby odwiedził Irenkę we śnie Archanioł, zamiast królowej holenderskiej, w domu mielibyśmy Anielicę. A Julianna? Z Sienkiewiczem nie miała nic wspólnego. Za to najbliższa, a w zasadzie jedyna, przyjaciółka Ireny nosiła właśnie to imię.