Mamę całkowicie pochłaniał dom, ojca — szpital. Dzieciom nie poświęcali wiele czasu. Dopiero, gdy pojawiła się Zosia, w domu na dobre zadomowiła się rodzinna atmosfera.

Była najmłodsza i od razu zwróciła na siebie uwagę. Mała, świetlana, leżała najczęściej w łóżeczku, machając nogami i rękami, jakby próbowała dogonić resztę świata.
Krysia, młodsza ode mnie, nie rwała się do pomocy. Na widok pieluszki krzywiła się i chowała za drzwi, jakby nagle przypomniała sobie o czymś innym. A kiedy nie miała wyjścia, niosła ją w dwóch palcach wyciągniętej ręki do śmieci.

Ja z kolei zaglądałem do łóżeczka, mówiłem coś po swojemu, czasem podawałem grzechotkę, ale Zosia tylko patrzyła, jakby chciała mnie zapamiętać.

Mama, choć wiecznie zmęczona, odnajdywała przy niej cierpliwość, jakiej wcześniej nikt nie widział. Ojciec, wracając po dyżurach, nie szukał już fotela i gazety, tylko Zosi. Potrafili spędzać razem długie chwile — chociaż ona mówiła więcej, po swojemu.

Ojciec przebywał teraz częściej z nami, a mama, po przyjęciu do prac domowych siedemnastoletniej Helenki, mogła poświęcać więcej czasu swoim pociechom.
Na pierwszym planie była Zosia — nie licząc oczywiście ojca, który, dotąd tak surowy, coraz częściej przymykał oko na wybryki najmłodszej córki.
Od niego się zaczęło — potem wszyscy na wszystko jej pozwalali.
Kto pierwszy nazwał ją „świętym dzieckiem”, trudno powiedzieć, niemniej określenie to przylgnęło do niej na całe życie.

Święte dziecko szczęśliwie przeszło ciężką chorobę, po której kochano je i rozpuszczano w sposób już bezprzykładny.

Nie przyszło mi nigdy do głowy być zazdrosnym o uczucie, jakim darzono Zosię. Wręcz przeciwnie — pogodny, rodzinny nastrój wytworzył atmosferę, dzięki której zacząłem mniej obrywać.

Zupełnie niespodziewanie wysłano nas do prewentorium. Trochę osobistych rzeczy, parę książek w tornistrze. Obce miejsce — pierwsze dramatyczne przejście w życiu. Świat dzieci po chorobach, powracających do zdrowia. Rygor, w którym nie było miejsca na jakiekolwiek uczucie. Rozkazy wychowawczyń, nietolerujących indywidualności.

Najmilej wspominam zapach jesiennych liści w parku pełnym wysokich drzew, gdzie graliśmy w piłkę.
Najgorzej — ciszę poobiednią: na wyciągniętych na środek sali gimnastycznej siennikach musieliśmy leżeć w milczeniu przez półtorej godziny. Nie było mowy o wyjściu do ubikacji. Zdarzało się więc, że ciągnięty z powrotem siennik pozostawiał na podłodze mokry ślad.

Tak samo niespodziewanie, jak nas tam zawieziono, zabrano nas z powrotem

Tylko Kilka miesięcy minęło — i niby wszystko było po staremu.