Hotel „Nad Żołędziami” nie wyróżniał się niczym poza tym, że lubił o nim opowiadać każdy przewodnik. „Dlaczego taki wąski od frontu, a długi jak kolejka po cukier?” — pytał i serwował wykład o dawnych czynszach liczonych „na okno”. O tym, że mieszkała tu Monika Masełnik, nie wspominał. W końcu to nie wykład z fizyki lotów pionowych.

Monika miała talent do dwóch rzeczy: do zawstydzania anatomii i do opatrywania tego secesyjną aureolką, żeby ksiądz mógł przejść obok bez rumieńca. Krytycy mówili: „śmiałe akty”, a myślieli: „jak ona to przepchnęła przez galerię”. Ona sama mawiała do męża: „Z palanta ociekającego spermą zrobię ci kropidło — kwestia opisu”. I robiła.

Przed ślubem podpisała z Aleksandrem intercyzę tak szeroką, że można by przez nią przejechać TIR-em wolności. Związek oparty na lojalności: „Ty rób, co chcesz; ja też — byle w rękawiczkach”. Dosłownie. Monika nigdy nie występowała dwa razy w tej samej parze z Mediolanu. Kamery kochały te rękawiczki bardziej niż jej obrazy, co było uczciwe: skóra za tysiąc euro to jednak konkret.

Sama nazwa hotelu powstała w atelier: „Nad Żołędziami” — z udziałem ciemnoskórego modela i tańczących striptizerek. Branding w wersji performance; księgowy dostał alergii, ale kasa się zgadzała.

Aleksander rósł równie szybko: z hotelarza w „człowieka, którego telefon dzwoni pierwszy”. Pół miasta go podziwiało, druga połowa ćwiczyła wyrazy z „zawiść”. Publicznie z Moniką byli parą idealną. Prywatnie — parą idealnie poinformowaną o swoich słabościach. Zdrady nie było, bo trudno zdradzić kogoś, kto cię do tego zachęca.

Poznali się w Polanicy. Spór o obraz Krukasa eskalował do happeningu „mocz na sztukę”. Prezes fotografików, Mieczysław Bosskot, polał kopię uryną, po czym dostał butelką po wódce od Moniki i kolanem od Aleksandra w miejsce, gdzie kultura kończy się definitywnie. „Już ją przeleciałem!” — zdołał wyznać, zanim kultura definitywnie się skończyła. Policja przyjechała, sztuka wygrała, a Aleksander przegrał swój dotychczasowy związek.

Co roku wracali na „rocznicę” z większą ilością środków wyrazu i mniejszą tolerancją na trzeźwość. Po dziesięciu latach fotografowie wrócili do stołu z przeprosinami Bosskota. Aleksander westchnął, Monika spakowała rękawiczki. On został — bo zazdrość. Ona pojechała — bo życie.

Noc była wesoła, a chodnik za wąski. Bosskot odprowadzał Monikę, klaksony im akompaniowały. Pod drzwiami pensjonatu zaczęły się łamigłówki: nie ta karta, nie ten zamek, boy hotelowy mówi w innym dialekcie. Po mini-remoncie framugi udało się Monikę wsunąć. Bosskotowi zamówiono taksówkę; wsiedł z miną człowieka, którego plan na noc właśnie został przerobiony przez dramaturga-sadystę.

Monika wyszła na balkon z „Wyborową” i telefonem. Zadzwoniła do męża.

– Kochanie, jeszcze działasz? — Aleksander czekał jak dzieci na Mikołaja.

– Było faaantastyc… Poczekaj.

Cisza. Krzyk. Trzask.

Połączenie umarło pierwsze.

Taksówka ruszyła. Chwilę później — brzęk szkła, huk jak z kiepskiego filmu akcji. Na pękniętej szybie wylądowała kobieca ręka. Drzwi się zaklinowały, kierowca zamarł, a Bosskot ściskał dłoń Moniki.

– Obiecałaś, że wrócisz… — powtarzał. To nie był najlepszy moment na rozmowę o dotrzymywaniu słowa.

Służby zjawiły się błyskawicznie. Ogrodzono teren, oplombowano piętro, zebrano wszystko z promienia pięćdziesięciu metrów (w tym trzy niedopałki i cudzą godność). Sekcja, protokoły, flesze, eksperci z wykresami. Aleksander, po krótkiej terapii „proszę oddychać”, odpalił swoje kontakty i oskarżenia: od recepcjonisty po dyrektora — wszyscy winni. Sugerował nawet „celowe doprowadzenie”. Brzmiało jak nowy pakiet w ofercie hotelu.

Umorzenie wątku „Bosskot zabójcą” skończyło się demonstracją: portrety Moniki w kirze, znicze, transparenty. Na rogu Poznańskiej tablica: „siły nieczyste doprowadziły do jej unicestwienia”. Siły nieczyste nie skomentowały.

Symulacje toru lotu mówiły jasno: początkowe odchylenie możliwe tylko przy własnym skoku. Wersja „samobójstwo” wygrała z „telekinezą tłumu”. Aleksander nie przyjął. Wynajął nawet ludzi, którzy zawodowo nie przyjmują.

Śledczy mieli zadrę: naskórek pod paznokciami. DNA nikogo nie wskazało. Szuflada „wrócimy, gdy będzie politycznie wygodnie” zatrzasnęła się cicho.

Bosskot dostał dwa strzały w serce: pierwszy na masce taksówki, drugi w prokuraturze. Zatrudnił prywatnego detektywa. Raport przyniósł dwa fakty: Marta (córka Moniki) spotyka się z tajemniczym Robertem, a z grup krwi wychodzi, że Aleksander nie jest ojcem. Bosskot policzył miesiące i lata: wychodziło, że tata — to on. Zlecił badania DNA. Bingo. Radość? Wersja demo. Bo Marta kochała Masełnika, który ją wychował.

Marta po śmierci matki zaszyła się w pracowni. Rysowała odejścia, przestała chodzić do szkoły i internetu. Telefon z „Życia na gorąco” wyrwał ją z letargu:

– Wywiad o pani związku z Bosskotem!

Rzuciła słuchawką, wygooglała nazwisko, zobaczyła setki maili i zrozumiała, że prywatność skończyła się tam, gdzie zaczyna się kliknięcie. Zabrała list, który zostawił jej Robert Tomewski — ukochany, którego ojciec nagle kazał unikać. Kazał też: „Jeśli zniknę, zanieś to Bosskotowi”.

Spotkali się w kawiarni.

– Powiem wprost — zaczął. — Jestem twoim ojcem.

– Tylko mama mogłaby to potwierdzić.

– Mogą też badania, a one… — urwał. – Znasz Roberta Tomewskiego?

– Znałam.

– TKM. Tajna Komórka MON. Zginął w Afganistanie. Eskorta dziennikarza, mina. Telewizja lubi takie obrazki.

Marta pobladła, wręczyła list i wyszła. Bez herbaty, bez „do widzenia”, bez powrotu.

Bosskot w domu przeczytał:

Po przeczytaniu — spalić.

  1. Jeśli czytasz, nie żyję.
  2. Masełnik: dawniej SB, dziś wpływy w TKM. Spreparował dowody na Monikę (rzekome szpiegostwo). Zapadła decyzja o likwidacji.
  3. Przy okazji mieli wykończyć ciebie. Scenariusz: zazdrosny były zabija i popełnia samobójstwo.
  4. Marta jest bezpieczna, dopóki nie podejrzewa „ojca”.
  5. Dociekanie prawdy = niebezpieczne i bez szans.

Podpis: Robert Tomewski.

List zmienił się w popiół zgodnie z instrukcją. Odpływ przyjął prawdę, jak to odpływy mają w zwyczaju.

Kilka dni później Aleksander wracał nocą z konferencji o bezpieczeństwie. Przed hotelem padły strzały. Zmarł w karetce. Lekarz zeznał, że ostatnie słowa były modlitwą. Nie wiemy, czy o przebaczenie, czy o nową intercyzę na tamtym świecie.

Gazety napisały, co trzeba: mafijne porachunki, ekspert ofiarą. Rzecznik dodał: badamy wszystkie wątki, również „wschodnie”. To taki polski wątek uniwersalny — pasuje do wszystkiego.

A miasto? Miasto wróciło do swoich spraw. Przewodnik znów pytał turystów o czynsze „na okno”. Nikt nie pytał o lot z balkonu. Ludzie lubią historie z morałem, ale jeszcze bardziej — żeby nie ich dotyczyły.

I tylko tablica na rogu mówiła półgębkiem: „siły nieczyste”. Cóż, czasem „siły nieczyste” mają pieczątki, a czasem tłumik. W obu przypadkach rachunek przychodzi bez paragonu.