Rodzic mój nie miał nigdy roweru, a co dziwniejsze – nigdy nie nauczył się jeździć na dwóch kółkach. Jego wielką namiętnością była woda. W czasie dalekich podróży, pływając po morzach i oceanach, chciał docierać do nieznanych brzegów.
Służbę w Marynarce Wojennej przerwał dramatyczny wypadek, zakończony trepanacją czaszki. Potem, z przyjaciółmi, wybudował potężny, pełnomorski jacht, na którym – z przyczyn finansowych – do wielkiej przygody nigdy nie doszło.
Pozostały mu tylko fale marzeń, które całą życiową pasję skierowały na tory czterech kółek.
Pierwszymi były szprychowe, z fabryki Audi – przemierzały przedwojenne, polskie bezdroża.
Zaraz po wojnie kupił opla-olimpię: poniemiecki, zdewastowany gruchot, na którym nieprzerwanie wyżywali się znajomi mechanicy.
Auto, mimo wszystkich wad, jeździło – a dzięki temu cała rodzina przeżywała niezapomniane, czasem bardzo mocne wrażenia.
Zresztą samochód w tamtych czasach stanowił rzadkość, a samo poruszanie się było obwarowane tyloma przepisami, że trzeba było mieć w sobie sporo fantazji, by w ogóle gdzieś pojechać.
Pewnego wieczoru wracaliśmy z meczu bokserskiego w Ołdrzychowicach, gdzie ojciec, dorywczo, pełnił funkcję lekarza sportowego.
Zatrzymało nas dwóch milicjantów – zażądali okazania dokumentów.
Podany im przedwojenny, mocno zniszczony, pożółkły papier obracali ze zdziwieniem na wszystkie strony.
– Obywatel nieupoważniony jest do prowadzenia pojazdu! To prawo jazdy jest nieważne!
Ojciec zaczął tłumaczyć, że nie wiedział, że nie przypuszczał, ale na milicjantach nie robiło to żadnego wrażenia.
Ich twarze twardniały z każdą chwilą.
– Może panowie pojedziecie ze mną do domu i tam wyjaśnimy tę sprawę – zaproponował ojciec.
Mundurowi wyrazili zgodę i wsiedli do auta, szybko zmieniając temat rozmowy na mniej oficjalny.
Mama błyskawicznie przygotowała uroczystą kolację.
Spiżarnia nigdy nie świeciła u nas pustkami – wdzięczni pacjenci rewanżowali się w naturze, a w okresie świąt wielkanocnych półki uginały się pod zapasami.
Stół ugiął się teraz pod półmiskami z szynką, polędwicą, kiełbasami, sosami i przyprawami.
Nie zabrakło oczywiście kieliszków. Goście zajadali z apetytem, ani na chwilę nie zapominając o toastach wznoszonych na cześć zdrowia.
Na koniec ojciec pomógł biesiadnikom wsiąść do samochodu, a mama przygotowała pożegnalny kosz – wypchany wędlinami i makownikami własnego wypieku.
Na taką wyrozumiałość stróżów porządku nie zawsze mogliśmy liczyć, choć gościnność pielęgnowano w naszym domu nieustannie.
Chcąc pojechać autem do innego województwa, trzeba było załatwić specjalne pozwolenie z przydziałem kilometrów. Urzędnik dokładnie określał trasę, a podróż należało odbyć w najkrótszy możliwy sposób.
Na specjalnym formularzu trzeba było prowadzić zapis pokonanego dystansu.
A cóż zrobić, jeśli chciało się zobaczyć coś, co nie leżało na oficjalnej marszrucie?
Całkiem proste – trzeba było mieć zapas kilometrów.
Ojciec miał na to dwa sposoby.
Przy planowanym wypadzie – odkręcaliśmy linkę szybkościomierza.
Gdy jednak spontanicznie zjeżdżaliśmy z trasy, trzeba było później cofać licznik.
Tę żmudną pracę, po wymontowaniu mechanizmu, najlepiej wykonywało koło zamachowe maszyny do szycia – ręczne kręcenie trybikami do tyłu trwałoby wiecznie.
W jednym i drugim przypadku ojciec musiał jednak prowadzić urzędowe formularze. Była to czynność, której szczerze nie znosił; gdy w wydrapywanej rubryce wypadała dziura, nie pozostawało nic innego, jak podklejanie i mozolne poprawianie.
W drodze powrotnej znad morza dokument ten wyglądał już jak ofiara losu.
Na Śląsku, w okolicach Mikołowa, zatrzymał nas milicjant. Sprawdził papiery, po czym, z ironicznym uśmiechem, przystąpił do kontroli przejechanych kilometrów.
Wyjął kredę i na dachu naszego auta zaczął podsumowywać kolumny cyfr.
Wynik zgadzał się ze stanem licznika, a limit, uwzględniający odległość do domu, nie został przekroczony.
Milicjant zmazał obliczenia rękawem i rzucił z pobłażliwym rozbawieniem:
– Oj… cwanyś, doktorku, cwanyś!
Mogliśmy jechać dalej. I jeździliśmy tak dalej.
Targi Poznańskie były w tamtych latach oknem na świat – świat odgrodzony od zachodu, a zarazem wymarzonym pretekstem do podróży.
Czerwiec, miesiąc rodzinnych urodzin, kojarzył się głównie z tą wyprawą.
W czasie jednej z pierwszych podróży nic nie zakłócało wspaniałego nastroju.
Opelek spisywał się dzielnie – na początku drogi wykazał się wręcz wybitną formą: dojechał na trójce aż do połowy jurandowskiej górki.
To miejsce, oznaczone kamienną studzienką, było zawsze miernikiem kondycji samochodu.
Ojciec nie miał powodów do zmartwień, mama żadnego czarnego kota na horyzoncie – mogliśmy więc z Krysią rozrabiać do woli na tylnym siedzeniu.
Do Poznania pozostawało kilka kilometrów. Poranna mgła jeszcze się nie rozproszyła.
W perspektywie klonowej alei, tuż za zakrętem, widać było zmianę nawierzchni: asfalt przechodził w kostkę.
Za chwilę powietrze przeciął gardłowy, przerażająco głośny okrzyk:
– Jezusmaria!
Opelek wpadł w poślizg. Ojciec gwałtownie kręcił kierownicą; lecieliśmy raz na drzewo z prawej, raz z lewej strony.
Czułem już bezwładny ruch pojazdu i wiedziałem, że spotkanie z kolejnym klonem jest nieuniknione.
Na szczęście tylko się o niego otarliśmy. Za nami została obdarta kora drzewa, a na nas wylądowała zawartość bagażnika.
Jesteśmy w rowie. Czuć zapach benzyny. Widzę zalaną krwią twarz mamy.
Panuje przerażająca cisza. Ojciec próbuje złapać powietrze.
Jacyś ludzie podbiegają, podnoszą samochód, pomagają nam wyjść.
Wychodzę przez rozbitą szybę.
Przygodni podróżni zabierają rodziców i odjeżdżają.
Siedzimy z Krysią na trawie, rozcieramy obolałe miejsca, a z naszych gardeł nie może wydobyć się nawet łkanie.
Siedzimy tak długo, strasznie długo.
W hotelu byli już rodzice – mama z opatrzonym nosem, ojciec z zabandażowanymi żebrami.
Wpadliśmy sobie w ramiona; nie przeżyłem dotąd równie serdecznego powitania.
Następnego dnia, na terenach targowych, oglądaliśmy wspaniałe samochody.
Przy amerykańskich krążownikach można było tylko wzdychać, ale przy czeskiej skodzie ojciec zatrzymał się dłużej, zamyślony, z tym swoim półuśmiechem i melancholią w oczach.
– Nie chciałbym żyć, gdybym nie mógł jeździć takim autem – wyszeptał.
Przypuszczam, że nie ma chłopców, którzy nie marzą o prowadzeniu samochodu.
Jedni, z różnych powodów, nigdy tego marzenia nie spełniają.
Ja należałem do tych szczęśliwych, którzy – choć nie bez trudności – zrobili to wcześnie.
Nie zaczynałem jak inni, na kolanach ojca. Rodzic mój był na to zbyt dumny, choć w tym wypadku usprawiedliwiony: między jego brzuchem a kierownicą nie zmieściłaby się nawet sprzączka od paska.
Na Szajbie samochód stał w garażu, a w mieście – odpoczywał pod chmurką, przed domem.
Włączenie zapłonu nie stanowiło problemu: od zawsze zamiast kluczyka używano śrubokrętu.
Któregoś popołudnia, znudzony udawaniem kierowcy, zapragnąłem usłyszeć prawdziwy warkot silnika.
Załączyłem stacyjkę, nacisnąłem starter – i oto, jakże proste: motor zadrżał.
Sprzęgło, pierwszy bieg – i samochód ruszył.
Ogarnęło mnie uczucie triumfu. Od tej chwili żadna okazja nie mogła się zmarnować: dziesięć metrów do przodu, dziesięć do tyłu.
W nieskończoność.
Robiłem to w pełnej tajemnicy przed rodzicami.
Po jakimś czasie zmartwiony ojciec stwierdził, że trzeba oddać motor do remontu – spalał „niesamowite ilości” benzyny.
Nie było wyjścia: musiałem ograniczyć samokształcenie.
Jedną z pasji profesora Maleckiego, który uczył nas przysposobienia wojskowego, były samochody.
Doprowadził do stanu używalności starego jeepa pamiętającego czasy wojny, i jeżdżąc nim, wzbudzał zachwyt wszystkich chłopców.
Nie wiem, ile było w tym dydaktycznego zamysłu, a ile czystej przyjemności, w każdym razie zorganizował kurs prawa jazdy, który sam poprowadził.
Nauka była niemal bezpłatna – rodzice płacili tylko za benzynę, a państwowy egzamin kosztował symboliczne kilka złotych.
Jazda samochodem i motorem nie sprawiała trudności.
Z przepisami ruchu radziliśmy sobie świetnie, ale prawdziwą satysfakcję dawała znajomość budowy pojazdu.
Tu stawaliśmy się ekspertami – nie tylko w teorii.
Pomagał nam w tym wyjątkowy eksponat: stojący na ostatnim piętrze gimnazjum, skonstruowany przez samego profesora, ażurowy samochód.
Każdy zespół – od silnika po most napędowy – można było obserwować jak w zegarku.
Nikt spośród uczestników kursu nie miał takich podwórkowych możliwości jak ja.
Dzięki temu za kierownicą czułem się pewnie.
Zauważył to sam profesor i postanowił mnie wyróżnić w sposób nietypowy.
Do gimnazjum przyjechały praktykantki po studiach, więc pan Malecki, z właściwą sobie energią, zorganizował wycieczkę po Kotlinie Kłodzkiej.
Dysponował warszawą i jeepem, lecz spośród całego grona nauczycielskiego tylko on miał prawo jazdy.
I właśnie w tej sytuacji to ja zostałem wytypowany na drugiego kierowcę.
Nie muszę mówić, z jaką satysfakcją w pogodny, niedzielny ranek usiadłem za kierownicą jeepa.
Przodem jechał profesor ze starszą częścią wycieczki, a ja z pozostałymi miałem podążać „krok w krok”.
Posłuszny nakazowi, upajałem się jazdą.
Jeep jednak pracował na pół gwizdka, bo warszawa – wioząc na swoich barkach ciężar odpowiedzialności – poruszała się jakby na zwolnionym filmie.
Wpadłem więc na pomysł: z górki zjeżdżać wolniej, a potem, gdy prowadzący zniknie za zakrętem, naciskać gaz do dechy.
Jakież to było wspaniałe!
Jeep wył, koła podskakiwały na kamieniach, a wiatr smagał twarz.
Powtarzające się szaleństwo przerwał dopiero postój.
Blada część załogi, którą wiozłem, nie doceniła moich rajdowych umiejętności, a profesor – z nieodłączną ironią – nakazał „utrzymywać dystans”.
Wszyscy uczestnicy gimnazjalnego kursu, w tym moja mama, zdali egzamin bez problemu.
Prowadziliśmy doskonale, z przepisów moglibyśmy zagiąć każdego milicjanta, a w kwestii mechaniki – spokojnie podjęlibyśmy pracę w warsztacie samochodowym.
Największym perfekcjonistą był Jacek – on we wszystkim nie miał sobie równych. Jazdę na swojej jawie, czeskim motorze z charakterem, doprowadził do cyrkowej precyzji. Gdy blokował przedni hamulec, jego kółko miało idealny kształt, a na asfalcie zostawał czarny, okrągły ślad – jakby odciśnięty stempelek z napisem: tu panował Jacek.
W szesnastym roku życia otrzymałem prawo jazdy.
Do pełnoletniości rodzice odpowiadali za moje czyny, co nadawało całej sytuacji osobliwy urok.
Posiadanie prawa jazdy nie oznaczało jednak, że mogłem prowadzić samochód ojca.
Taka przyjemność wymagała cierpliwości, próśb, podchodów i – przede wszystkim – dyplomacji.
Zdarzało się to rzadko, a przyjętą formą podziękowania było ucałowanie rodzica w rękę.
Profesor medycyny Krass, dawny przełożony ojca z Akademii Lwowskiej i Katowickiej, lubił odwiedzać swojego byłego asystenta.
Pewnego razu przyjechał nową warszawą i zabrał nas na wycieczkę.
Niby drobiazg, ale to właśnie wtedy na poczciwego opelka został wydany wyrok.
W tamtych czasach, by kupić samochód, nie wystarczyło mieć pieniądze.
Trzeba było uzyskać przydział, a do tego – znajomości.
Rodzicom udało się jedno i drugie.
W deszczowy, jesienny dzień odbieraliśmy prosto z Żerania wymarzoną warszawę.
Wszystko pachniało świeżością, silnik pracował majestatycznie.
Po błyszczącej, jasno-beżowej powierzchni lakieru ślizgały się krople deszczu.
Siedzieliśmy we troje na przedniej kanapie, komfortowo, w ciszy przerywanej tylko szumem kół rozbryzgujących wodę.
Czułem się, jakbyśmy naprawdę szybowała w powietrzu.
Opelek – nasz kochany maluch – potrafił jeździć bez oleju, a luzy w panewkach korygowały żyletki.
Zasług nie można mu było odebrać, ale nie wytrzymał konkurencji z nową warszawą.
Za tylną szybą zapomnienia oddalał się stary samochód, a z nim odchodziło moje dzieciństwo.
Schreibe einen Kommentar