Mała górka oddzielała od szkoły nieduży kawałek nierównej łąki. Cóż nam było trzeba więcej do kopania piłki? Dwa tornistry, położone w odległości pięciu kroków, stanowiły bramkę, linię autową wyznaczał z jednej strony drut kolczasty, z drugiej — rów przy szosie. Po lekcjach zawsze kilku chłopców miało ochotę na bieganie za piłką; zdarzało się to również zimą, na śniegu. Szaleliśmy w rękawiczkach i z czapkami naciągniętymi na uszy — było w tym więcej zabawy niż prawdziwej gry.

Zakończenie jednego z takich spotkań miało dość nieprzyjemne konsekwencje.
Pędziłem na bramkę. W czasie strzału, zamiast piłki, Janek złapał mój but. W pierwszej chwili nie poczułem bólu. Wszyscy śmiali się z koziołka, jakiego wywinąłem, a ja nie mogłem stanąć. Kolano strasznie bolało.

Artur skombinował sanki, na których zawiózł mnie do domu. Na szczęście nie było złamania, ale nogę trzeba było unieruchomić.
Na chirurgii specjalistą od gipsów był pan Pawełek. W zachwycie oglądałem, jak z mokrych bandaży i białej mazi wyłaniał się nowy kształt mojej nogi. Wkrótce dzieło zostało skończone — musiałem tylko poczekać, aż stwardnieje.

Dumny z nowego przeżycia, delektowałem się perspektywą dwutygodniowych wakacji. Jednakże miły nastrój nieróbstwa po paru dniach został zakłócony. Pod gipsem zaczęło mnie coś swędzieć; palce były za krótkie, należało użyć czegoś innego.

Ciocia Marysia wyszukała w kuchni warząchew z długą rączką. Przyrządem tym mogłem teraz dochodzić pod białą skorupą do najdalszych miejsc. Nadeszła jednak chwila, że zbawczy drewniany patyk nie mógł już uśmierzyć swędzenia. Pozostawała tylko jedna rzecz, od początku chodząca po głowie — woda. Zimna woda!

Gdy w szczelinę między gipsem a nogą wpłynęła zawartość litrowego dzbanka, zrobiło mi się niesamowicie dobrze. Ulgę czułem przez jeden dzień i drugi, po czym w miejscach, gdzie swędziało, poczułem pieczenie. Ojciec przedwcześnie ściągnął gips. Na zagojenie odleżyn pod kolanem musiałem jednak trochę poczekać.

Gdy, kuśtykając, szedłem ponownie do szkoły, mama zapytała:

— Jaki będzie twój następny wyczyn?

Nie musiała długo czekać. Na szkolnej zabawie dostałem przypadkowo, ale skutecznie, w zęby; jedynka, która już raz była na zewnątrz, pożegnała się ze mną ostatecznie.

Do zakończenia szkoły podstawowej pozostało niewiele czasu, a dyrektor zupełnie nie kwapił się z umieszczeniem mnie na liście uczniów idących do gimnazjum. Nie chodziło tylko o dzwonek, którym za mną rzucał.
Dyrektor uczył nas rosyjskiego i rachunków, a właśnie w tych przedmiotach nie byłem orłem. Rosyjski świadomie odpuścił, zdając sobie sprawę, że nieuczenie się tego języka należało do dobrego tonu.

Natomiast z rachunków otrzymałem ostatnią szansę — przy tablicy miałem rozwiązać równanie: 2x + 3 = 5.
Marysia błyskawicznie podała ściągawkę. Kończąc zapinanie sandała, pewnie ująłem kredę. Chwila zastanowienia — i bez problemu zadanie rozwiązałem.

Dyrektor z zadowoleniem pokiwał głową. Chciałem już odejść, gdy usłyszałem:

— Sprawdź jeszcze to równanie.

Zaskoczony, nie słyszałem nawet podpowiedzi.

Mieszkanie, zamieszkiwane uprzednio przez rodziców Andrzeja, zajęli nowi sąsiedzi — młode małżeństwo, para tryskająca polotem i energią, przyjechała bezpośrednio po studiach, pracować w szpitalnym laboratorium. Od początku nasze wzajemne stosunki stały się bliskie, przyjacielskie.

Pan magister, pieszczotliwie przechrzczony przez własną żonę z Janka na „Dziubdziulka”, postanowił zająć się moją edukacją.

Panowała słoneczna wiosna. Do ogrodowej altanki dochodził świergot ptaków, a rozkołysane, młode gałązki rzucały uspakajający cień. Przekonany byłem, że miejsce to nadaje się do wszystkiego, tylko nie do nauki.
I aż dziw, że w tak niekonwencjonalnych warunkach pan Janek potrafił bardzo szybko wytłumaczyć to, co nie docierało do mnie przez tyle szkolnych lat:

„Rachunki to nie liczenie, lecz myślenie.”