Nie były to mury Carcassonne — proste, bez baszt i wykuszy, nie broniły przed wtargnięciem do środka, lecz uniemożliwiały wyjście na zewnątrz. Więzienie? Nie. Zakład dla obłąkanych.
Szpital na Szajbie, odcięty od miasta i wsi, tworzył osobne miasteczko — z własnym rytmem i zasadami. Dyrektorem był ksiądz. Mieszkał nad nami, na pierwszym piętrze. Żyliśmy w zgodzie. Do dziś pamiętam zapach anyżowych ciasteczek, którymi nas częstował — ten aromat ciągnie się za mną przez całe życie.
Z biegiem lat szpital zmieniał charakter. Stawał się bardziej otwarty, pojawiały się nowe oddziały, a ojciec objął chirurgię. Tylko jeden element pozostał niezmienny — siostry zakonne. Były wszędzie. W habitach, jednakowo skupione i poważne, opatrywały chorych, sprzątały sale, prowadziły laboratorium, a potem z tą samą godnością piekły chleb lub karmiły świnie. Nigdy nie widziałem ich odpoczywających. Ja za to miałem aż za dużo czasu i wciąż odkrywałem zakazane zakamarki. Nic dziwnego, że często wpadaliśmy na siebie. Niemiecki porządek nie przewidywał miejsca dla takiego rozbrykanego chłopca.
Bawiłem się kiedyś w piwnicy maszyną do szatkowania kapusty. Przyłapała mnie siostra Gertruda.
— Poobcinasz sobie palce! — krzyczała, ciągnąc mnie za ucho.
— No to co! Tato mi je przyszyje.
Po kilku takich wybrykach mama przywiązała mnie sznurem do barierki przy drzwiach wejściowych. Swoboda ograniczona została do dziesięciu metrów konopnego splotu, który — jakimś cudem — po paru godzinach zniknął.
Andrzej — o rok starszy ode mnie towarzysz podwórkowych wypraw — górował nade mną nie tylko wiekiem. Razem psociliśmy, lecz kary spadały głównie na mnie. Nie miałem pojęcia, czym są pieniądze, gdy on już ciągnął mnie na swoje „zarobkowe wyprawy”.
Najczęściej wybieraliśmy się do wielkiej powozowni. Za każdym razem naszym łupem stawały się drobniaki porozrzucane po siedzeniach lub podłogach bryczek i karet. Skąd się brały w tym mrocznym, cichym miejscu — nie miałem pojęcia. Andrzej natomiast poruszał się tam jak zawodowiec, wiedział, kiedy i gdzie szukać.
Pewnego wieczoru postanowiłem spróbować sam. Wślizgnąłem się przez uchyloną bramę, z sercem bijącym aż w gardle. Z wnętrza rozkołysanej bryczki dobiegały dziwnie przytłumione głosy. Nagle kobiecy krzyk przeciął ciszę. Sparaliżowany ze strachu, rzuciłem się do ucieczki.
Następnego dnia czatowałem przed powozownią, gdy Andrzej znów zniknął w środku. Po chwili wyszedł, a złożone dłonie zabrzęczały dźwiękiem monet. Spod przymrużonych powiek sączyło się szyderstwo.
Podziwiałem go — był odważniejszy, sprytniejszy, zawsze o krok przede mną.
Dyrekcja szpitala przeznaczyła Pawilon Ogrodowy, w którym mieszkaliśmy, na oddział zakaźny. Musieliśmy się przenieść do budynku poza terenem szpitala — dawnego domu sióstr zakonnych. I znów ksiądz mieszkał nad nami, a Andrzej z rodzicami na parterze.
Nowe miejsce miało nieskończoną ilość zakamarków. Mieszkałem tam tylko ciałem — myślami byłem ciągle w ogrodzie. W domu bywałem jedynie na posiłkach i podczas snu.
Do naszego nowego domu przylegał ogromny ogród z altaną pośrodku. Dalej prowadziły wąskie, nieodkryte dróżki wśród gęstych krzaków i drzew. Na końcu wznosiła się skarpa, na którą wchodziło się ścieżką z kamiennych płyt. Furtka na jej szczycie była zawsze zamknięta — jakby prowadziła do innego świata.
Budynek gospodarczy wypełniało świeżo pachnące siano. Na jego płaski dach wdrapywaliśmy się po starym drzewie. W piwnicach natomiast zalegały rzeczy ludzi, którzy musieli w pośpiechu opuścić swoje domy. Stosy walizek, garnków, ram i książek sięgały po sufit. Najwięcej było książek — z literami o dziwnych kształtach. Nie rozumiałem ich. Szukałem tylko obrazków. Wszystko wydawało się odległe, nierealne, jak przeszłość o zapachu stęchlizny.
W prawej części piwnicznego korytarza stał stary piec do wypieku chleba. Spenetrowaliśmy go nie raz, szukając skarbów — lecz poza popiołem nie znaleźliśmy niczego.
Pewnego dnia Andrzej znów namówił mnie na poszukiwania. Miał w oczach przekonanie proroka, jakby coś przeczuwał. Sam został przy drzwiach, skrzypiących od rdzy, a ja ochoczo zabrałem się za przekopywanie popiołu. Po chwili natrafiłem w rogu na małe, zakurzone pudełko po zapałkach. W środku leżały starannie poskładane, zielone banknoty.
Radość trwała krótko. Andrzej tylko wzruszył ramionami i stwierdził, że to bezwartościowe papierki. Zabrał mi je z uśmiechem cwaniaka i pobiegł do domu.
Stałem oszołomiony, otrzepując z popiołu portki. Z koszuli nie mogłem zetrzeć sadzy i wiedziałem, że tym razem naprawdę oberwę.
Pomyliłem się jednak. Mama zamiast krzyczeć, zaczęła mnie wypytywać z niepokojem, gdzie się tak wybrudziłem. Nie umiałem kłamać — ślady jednoznacznie wskazywały piec. W końcu zapytała, czy niczego tam nie znalazłem. Zacząłem mętnie tłumaczyć, że była jakaś stara paczka i pieniądze, które zabrał Andrzej.
Wtedy w domu zapadło napięcie, jakiego dotąd nie znałem. Ojciec chodził po pokoju, paląc papierosa za papierosem. Mama zniknęła za drzwiami z matką Wojtka. Kiedy wróciła, trzymała w dłoni znajome pudełko po zapałkach.
Rodzice zamknęli się w gabinecie. Wiedziałem, że jeśli tym razem dostanę lanie, zapamiętam je na długo. Ale los był łaskawy — zamiast krzyków odbyła się poważna rozmowa.
Dopuszczono mnie do tajemnicy. Powiedzieli, że znalezione pieniądze są prawdziwe, ale samo ich posiadanie mogłoby sprowadzić na nas kłopoty, nawet więzienie. Trzeba je będzie dobrze ukryć — i, co najważniejsze, nikomu o tym nie mówić.
Słuchałem bez większego zrozumienia. Świat dorosłych był dla mnie równie odległy, jak te dziwne litery w piwnicznych książkach. Czułem tylko rozczarowanie — nie z powodu pieniędzy, lecz przez Wojtka. Mój najlepszy kumpel okazał się kłamcą i zdrajcą.
Te same zielone papierki odnaleziono wiele lat później, podczas strojenia pianina. W pożółkłej kopercie, ukrytej w skrzyni instrumentu, leżało dwadzieścia kanadyjskich dolarów. Rodzice przysięgali, że nie wiedzą, kto je tam schował.
Schreibe einen Kommentar