Parking przed Aldi’kiem przypominał skrzyżowanie Targów Poznańskich z wyprzedażą elektroniki w Wiedniu. Kazik Letukot, zwykle cierpliwy jak święty od rozruszników, tym razem wyraźnie kipiał.

– Cholera, przecież promocje skończyły się tydzień temu! – mruczał, gdy jego leciwy ford musiał ustąpić miejsca błyszczącemu mercedesowi, który „cofał jak król”, nie zważając na otoczenie. Ostatnią wolną lukę próbował jeszcze zająć jakiś poobijany fiat. Kazik nie zniósł konkurencji – z piskiem opon zaparkował i wygrał wyścig o 3 sekundy.

Po wyjściu zobaczył w oknie tego fiata wyciągniętą rękę z figlarnie sterczącym środkowym palcem — nóż w kieszeni sam się otwierał.

– A masz! – odwzajemnił się, wykonując gest, którego nie wpuszcza się do telewizji publicznej przed 23:00.

Już miał pójść po wózek, gdy na asfalcie zauważył plastikowe, pęknięte etui. W środku czarna płytka – „Memory Stick”. Kazik nie musiał długo zgadywać: 8 GB, wysoki transfer — pewnie z aparatu. Chłodnym ruchem schował ją do kieszeni, wyciągnął listę zakupów od Basi, po czym z godnością wkroczył w objęcia hiperinflacji.

W domu, po rozładunku masła, wędlin i nieśmiertelnego proszku do prania, włączył komputer i wpiął kartę do czytnika.

Na ekranie wysypała się lawina zdjęć z wakacji – Toskania. Błękitne niebo, łagodne wzgórza, rzędy cyprysów. Kazikowi zaschło w gardle. Sam chciał tam jechać, ale Basia odwiedzała akurat chorą matkę w Zamościu. Wspólne plany przesunięto na „po lepszej sytuacji budżetowej”.

Przewijał zdjęcia dalej. Coraz więcej kadrów z tym samym mercedesem, którego przed chwilą widział przed Aldi’kiem. Druga warstwa dramatu pojawiła się nieoczekiwanie.

Na jednym zdjęciu – kobieta. Niepozorna, sfotografowana gdzieś z boku, w słonecznej poświacie, na tle szmaragdowego morza. Kazik powiększył kadr. Serducho przeskoczyło do gardła.
To była Basia.

Kazik Letukot może matury nie miał, ale życiowo dyplomowany był w czytaniu mowy ciała — również ciała obcych kobiet. Ale tu, w tej sylwetce, zobaczył za dużo znajomych krzywizn bioder, za dużo dawnych westchnień. Klik, następne zdjęcie — ta sama kobieta, ten sam krajobraz Toskanii.

Wyłączył monitor. Wyciągnął kartę.

„Nie paliłem od lat, a to trzeba spalić.”

I spalił. W metalowej popielnicy, przy zwyczajowym piwie.


Od tej pory Kazik zaczął działać: bez krzyku, bez noża w zębach, ale z zimną precyzją informatycznego zabójcy.

Długo jeszcze przeglądał możliwości zemsty – aż trafił na odpowiednie narzędzie: komputer pokładowy mercedesa. Przegląd sezonowy auta naczelnego urzędnika skarbowego Jerzego Zboczaja miał się odbyć lada dzień. Reszta była kwestią kreatywności i cudownie zaprogramowanego sterownika, który potrafił odmówić jazdy… albo wysadzić kierowcę przy tankowaniu.

Tak, Zboczaj zginął w wiadomościach. Eksplozja na stacji. Zbiornik paliwa, komputer pokładowy, benzynowe opary i trochę zimowego mrozu wykonały resztę roboty. Został po nim tyle co wspomnienie… i pogłoski o wartej pół miliona aferze podatkowej.

Basia tymczasem bawiła się w anioła faktur. Kontrole, rewizje, artykuły w prasie – wszystko przeszło bokiem. Błogi spokój przywróciła żonie dopiero… loteria. Dosłownie.

– Mam dwie dobre wiadomości – powiedziała pewnego dnia. – Załatwiłam pozwolenie na budowę warsztatu na działce po stacji Orlenu.

Kazik skamieniał. Ta stacja? Tamta stacja?

– I druga – dodała. – Wygrałam w totka pół miliona. Tylko, że mogłabym wygrać jeszcze ze trzy razy tyle, gdyby nie… pewne okoliczności.

Kazik wpatrywał się w nią z tą samą miłością, z jaką patrzy się na chodzący ideał: na przykład głowicę Forda Sierra po wymianie uszczelki.

– A więc… – zaczął. – A więc… budujemy?

– Budujemy, Kaziu – odpowiedziała Basia. – Budujemy.

No i kto wam powie, że małżeństwo bez dzieci jest nudne?