Olga (Ola) z domu von Preger. Portret rodzinny

„Babcia Ola, odkąd ją pamiętam, była niezależną kobietą. Nie przelewało się jej, ale też nie miała nigdy problemów finansowych. Uczyła w Technikum Zawodowym języka rosyjskiego, a językiem tym posługiwała się bieglej niż polskim.”

Ten akapit przed dwudziestu laty otwierał moją książkę Blaga, Chała, Odlot. Pisałem wtedy szybko, zbyt skupiony na sobie, śniąc o sukcesie komercyjnym. Dziś, biorąc do ręki przedrewolucyjne fotografie, widzę więcej: żywy, bogaty obraz Olgi von Preger.

Olga von Preger ok. 1917

Petersburg, młodość i genealogia

Babcia wychowała się w Petersburgu, gdzie kończyła szkoły i gdzie — jak mówiła z czułością — „czasy carskie” miały smak światła na Newskim i zimowej tafli Newy. Kochała tamto miasto; w Polsce Ludowej o dworskich koligacjach mówić nie mogła.

W napisanym około 1954 r. życiorysie zaczyna prosto:

Olga Hawranek z domu Preger.
Urodziłam się 10 IV 1897 r. w Krasnopolu, pow. Płock, ziemia witebska.
Rodzice — inteligencja pracująca.

Tak się wówczas pisało. „Inteligencja pracująca” była w PRL-u formułą akceptowalną; o wyższych warstwach społecznych mówić nie wypadało. Dziś wiemy więcej: w rodzinie splatały się nazwiska Preger – Schwann von Wolkenstein. Część krewnych pozostała przy nazwisku Preger, część używała Schwann. Wedle rodzinnej pamięci Pregrerowie zarządzali prywatnymi dobrami carskimi, a Schwannowie prowadzili na dworze pracownię jubilerską.

Robert Preger (ojciec Oli) ur. 1857, zm. 28 X 1922.

Maria z Cychockich, śpiewaczka (solistka operowa), po rozstaniu z Robertem poślubiła Włodzimierza Iwanowa; z tego związku urodził się Walery (ok. 1922).

Dziadkowie: Jan (portret w zielonej, malachitowej ramce) i Teodor Preger (ur. ok. 1800).

W rodzinie wspominano też ciocię Nadię (Nadieżdę) — wdowę po chirurgu, związaną z Kudową i Glatz (Kłodzko).

Robert Preger

Babcia o matce pisała oszczędnie i z dystansem; żal — za dawne odejście i chłód — przebija z notatek. O ojcu przeciwnie: ciepło i serdecznie. Bliska jej była także mamka Maryla z Litwy; kontakt utrzymywały do końca, również z jej dziećmi: Rutą i Jurgisem.

Maria Preger z domu Cychocka

Szkoły, studia, wojna i wybory

1906 — wstąpiłam do gimnazjum w Petersburgu (Rożdżestwińskim).
1915 — ukończyłam kurs pedagogiczny przy tymże gimnazjum.
1917 — matura z prawem do złotego medalu.
1915–1919 — studiowałam filologię na uniwersytecie w Piotrogrodzie.
Uniwersytetu nie ukończyłam, musiałam pracować; wyszłam za mąż za inż. rolnika Izydora Władysława Hawranka.

Między kartkami życiorysu pojawia się Uglicz nad Wołgą. Na odwrocie zdjęcia z 1918 r. babcia zaznaczyła krzyżykami „Dorek” (Izydor) i „Ola”. Dziś, patrząc w Street View na Cerkiew Carewicza Dymitra na Krwi, aż trudno uwierzyć, jak cienka bywa przegroda czasu: sto lat znika, a ja stoję z nimi nad Wołgą.

Pobrali się w Ugliczu 20 stycznia 1919 r. — zachował się rosyjski akt ślubu, podpisany cyrylicą. Przy nazwisku pana młodego dopisano: „obywatel polski”. Tożsamość babci nigdy nie była w rodzinie kwestionowana; formalne obywatelstwo polskie uzyskała zapewne dopiero po powrocie do kraju w 1921 r.. W notatkach babci pojawia się też druga data (25 V 1919) — możliwe, że dotyczyła uroczystości cerkiewnej.1921 wracam do kraju.

1919–1921 — mieszkaliśmy w Ugliczu, pracowałam w dziale oświaty przy komitecie partii.
1921 — powrót do Polski.

Dom i dzieci

1921–1934 — nie pracowałam zarobkowo; wychowywałam dzieci, prowadziłam dom.

Babcia i dziadek mieli dwoje dzieci:

  • Marta („Myszka”) Hawranek — ur. 31 I 1922, Tarnopol – zm. 28 I 2017, Nysa.
  • Kika Hawranek — ur. 11 II 1923 – zm. 1 I 1925.

Fotografie z lat 1924–1925 pokazują szczupłą, elegancką Olgę z córeczką na ręku; za tym obrazem kryje się i radość, i wczesna żałoba.

1918 r. siedzący dziadek Dorek, nad nim babcia Ola

Wojna, strata, praca

1934 — instruktorka oświatowa przy Wydziale Powiatowym (Koła Gospodyń Wiejskich).
1941 — mąż aresztowany; zaginął bez wieści. Ponoć zamordowany przez Gestapo w Oświęcimiu.
1944–1945 — instruktor szkolny w Stryju (ZSRR).
1945 — przyjazd do Polski, do Katowic.

Stuletni okres czasu w jednej chwili zredukowany został do zera. Stałem szczęśliwy nad Wołgą w cieniu pięknej cerkwi u boku babci i dziadka, którego niestety nigdy osobiście nie poznałem.

Nie wiem jak i dlaczego babcia Ola i dziadek Dorek znaleźli się w Ugliczu. Czuję natomiast, że chciałbym tam pojechać.

Może będę miał możliwość zaglądnięcia do archiwów i zrozumiem co dziadek robił w wśród wojskowych stojąc na pierwszy plan.

Kika 1924
Babcia Ola z Myszką 1924

Powojenna droga zawodowa babci to mozolna, uczciwa praca i awans społeczny wielu jej uczennic:

Pracowałam w Izbie Lekarsko-Dentystycznej w Katowicach, od 1948 r. w Szkole Zawodowej i Technikum Przemysłu Odzieżowego.
1949 — kurs specjalny,
1950 — centralny kurs języka rosyjskiego w Orłowie (z wyróżnieniem).
Dziewięć razy wyróżniona jako przodownica pracy.
Adres: Stalinogród (tak w latach 1953–1956 nazywano Katowice), ul. Kordeckiego 1 m. 11.

Była nauczycielką wymagającą i czułą. Z troską opowiadała, jak tłumaczyła jednej z dziewcząt podstawy higieny („mycie w czasie miesiączki nie szkodzi”). Z szacunkiem mówiła o zapóźnieniach cywilizacyjnych i o tym, jak szkoła po wojnie realnie niosła awans.

Języki, maniery, charakter

Była szczupła, raczej wysoka, zawsze zadbana. „Delikatna” — tak o niej mówili — ale delikatność dotyczyła raczej rysów twarzy niż charakteru. Umiała przyłożyć parasolką natrętowi w tramwaju. Zawsze nienaganna fryzura, manikiur, elegancja.

Znała kilka języków: rosyjski i polski, ale też francuski, włoski i przyzwoity niemiecki. Interesowała się sztuką, historią, geografią. Lubiła śpiewać — kolędy, romanse — mocnym, czystym głosem. Do dziś słyszę jej „Jezus malusieńki…”, ten aksamitny spokój i odległą tęsknotę, gdy wigilijnego wieczoru przytulała mnie na niebieskiej kanapie.

1964 w drodze do Nysy

Kordeckiego 1 — mieszkanie, które uczyło życia

Dzwonek mechaniczny przy drzwiach brzmiał jak rowerowy; światło nad drzwiami znaczyło, że jest w domu. Po lewej — słoneczny salon z masywnym kredensem, biurkiem, „carskim” stoliczkiem, piecem kaflowym; po prawej — kuchnia bez łazienki (wspólny wychodek na półpiętrze), z kuchenką gazową i rzadko używaną węglową.

„Amerykanka” przy piecu była centrum zimowych wieczorów — miejsce czytania, rozmów i drzemek. Mniej wygodna była do spania: sprężyny znałem na pamięć, a nierówności wyrównywałem książkami. Tapczan — z witrynką wezgłowia — to osobny przedwojenny wynalazek.

W kuchni, w przeszklonym kredensiku, stał gliniany garnek z płynem. „Babciu, to spleśniało!” — protestowałem. Podała mi filiżankę. Słodkawo-kwaśny smak był zaskakująco orzeźwiający. Kombucza (wtedy mówiło się po prostu „japoński grzybek”) — działała, jeśli pamiętać o… cukrze w herbacie. Babcia pamiętała.

Jej jedzenie było proste i skromne — czasem bułka ze szynką, jajecznica z pieprzem. Po obiedzie obowiązkowa dziesięciominutowa „pozycja horyzontalna”, choćby w namiocie nad Adriatykiem w samo południe.

Babcia Ola w swoim pokoju wśród moich kolegów
1964 rok, Katowice ul. Kordeckiego 1, 3 piętro

Paczki z Ameryki i codzienna czułość

Po wojnie regularnie przychodziły paczki z Ameryki od Maryli. Zawsze czekaliśmy na wspólne otwieranie. Rozcięte przez cło kartony wiązano byle jak — napięcie rosło. Mnie interesowała jedna rzecz: czekolada Nestlé — grube tabliczki w ciemnym papierze, lekko słone. W puszce kakao czasem trafiał się drobiazg biżuteryjny. Sukienki „odpustowej elegancji” ciocia potrafiła przerobić na wyjściowe kreacje — dziewczyny błyszczały.

Praca, śpiew, przyjaciele

Babcia lubiła ludzi. Organizowała imieniny, śpiewy przy stole, kibicowała naszym brydżowym partiom z kolegami z Politechniki (zawsze z „kulturalnym” kieliszkiem koniaku). Przez lata towarzyszył jej pan Tomanowski — wdowiec o ciepłym, operowym głosie. W duecie śpiewali tak, że aż piec kaflowy milczał.

Z petersburskiej etykiety

Z dumą wspominała przygotowania do spotkania z carycą po maturze. Ciemne suknie do ziemi, ukłon, krok w tył — nigdy plecami do Jej Cesarskiej Mości. Te maniery zostały w niej na zawsze: szacunek dla słowa, porządek na biurku, szkła okularów porysowane — bo ważniejsi byli ludzie przed nimi.

Włochy 1926 — krzyżyk z Wenecji

W 1926 r. inż. Izydor Hawranek wyjechał na kurs pszczelarski do Italii; pojechali we troje. Szwajcarskie tunele, Wenecja, plac św. Marka i chwila grozy — zniknęła czteroletnia Myszka. Odnaleźli ją wśród gołębi. W euforii szczęścia kupili wenecki krzyżyk, babcia wyryła na odwrocie datę i miejsce. Krzyżyk jest dziś u mnie.

Małe pożegnanie

Ostatnie linijki niech zostaną jak wtedy, gdy pisałem je po raz pierwszy — ale dojrzalsze:

W życiu babci Olgi losy wielkiej historii — rewolucji, wojen, migracji — spotkały się z codziennością: lekcją, piecem kaflowym, filiżanką kombuczy, parasolką w tramwaju, kolędą wigilijną. Z Petersburga do Katowic (Stalinogrodu), z dworskich manier do nauczycielskiego dziennika — zawsze z podniesioną głową i gotowością, by pomagać słabszym.

A kiedy dziś patrzę na cerkiew w Ugliczu i na zieloną ramkę z malachitu, wiem, że ta opowieść jest nie tylko o niej. To jest także opowieść o nas — o tym, co w nas zostaje: upór, języki, pieczołowitość, poczucie humoru, miłość do śpiewu i ten dziwny nawyk porządkowania okularów, choć szkła już dawno porysowane.

Ilekroć zapalało się światełko nad drzwiami przy Kordeckiego 1, wiadomo było, że Ola jest w domu. Dziś to światełko świeci trochę w nas.

Wojciech Rosyk
Schongau, 13 listopada 2021